Kryński: Szczęście zmieszane z niedosytem

Fot. MICHAEL DALDER REUTERS

Z jednej strony nie marzyliśmy nawet o tym, że możemy być czwartą sztafetą świata. Z drugiej zabrakło nam dosłownie łutu szczęścia, aby był medal - mówi Kamil Kryński, 24-letni sprinter Podlasia Białystok
Rozmowa z Kamilem Kryńskim

Tomasz Piekarski: Wraz z Pawłem Stempelem z AZS AWF Biała Podlaska, Dariuszem Kuciem z Zawiszy Bydgoszcz, Robertem Kubaczykiem z AZS Poznań zająłeś czwarte miejsce w sztafecie 4 x 100 m na mistrzostwach świata w koreańskim Daegu. Cieszysz się, czy może górę bierze niedosyt?

Kamil Kryński: - Na pewno jest radość, bez dwóch zdań. Nikt, łącznie z nami, nie spodziewał się chyba tak dobrego wyniku. Przecież czwarte miejsce na świecie to jest coś. Zresztą już w eliminacjach osiągnęliśmy porządny wynik, gorszy jedynie o cztery setne sekundy od rekordu Polski sprzed lat [dokładnie z 1980 r. - red.].

W eliminacjach uzyskaliście 38,37 s, w swym biegu zajęliście drugie miejsce za Brytyjczykami. Spodziewaliście się, że jesteście w stanie pobiec tak szybko?

- Trochę tak. Chociaż trener przepowiadał jeszcze przed zawodami, że jesteśmy w stanie pobiec w granicach 38,50-38,60 s. Udało się zdecydowanie szybciej. Osiągnęliśmy bardzo dobry wynik, drugi w historii polskiej lekkoatletyki.

Wydawało się, że na ostatniej zmianie, między Robertem Kubaczykiem a tobą, trochę straciliście.

- Generalnie w eliminacjach zmiany wyszły nam dobrze, wszyscy w zasadzie zmienialiśmy się na dziesiątym metrze. Oczywiście można byłoby jeszcze trochę czasu nadrobić. Ale zdecydowanie gorzej wyszło nam to w finale.

Co stało się na tej znowu ostatniej zmianie? Robert Kubaczyk pałeczkę przekazywał ci dwoma rękoma.

- Robert poczuł ból w nodze, miał problem z biegiem i z tego wyszła słabsza zmiana.

Jak wbiegałeś na linię mety, to myślałeś, że które miejsce zajęliście?

- Jak dostałem pałeczkę to wiedziałem, że jestem na czwartej pozycji. Widziałem jednak też, że do zawodnika z Saint Kitts i Nevis strata jest niewielka. Kiedy rzucałem się na linię mety, nie miałem pojęcia, które mamy miejsce. Czekałem z niecierpliwością, jaki będzie wynik na tablicy, czy jest trzecie miejsce i medal, czy też czwarta pozycja.

Z jednej strony można powiedzieć, że w biegu finałowym mieliście pecha, bo ostatnia zmiana wam nie wyszła, ale z drugiej strony dopisało wam też szczęście. Amerykanie przewrócili się i zgubili pałeczkę. Przeszkodzili przy tym sprinterom z Trynidadu i Tobago. Wyścigu nie ukończyli też biegacze z Wielkiej Brytanii.

- Zgadza się, ale przecież amerykańskie sztafety często w ostatnich latach mają problem ze zmianami, gubią pałeczkę. Chociaż tak naprawdę tego wszystko nie da się przewidzieć, wszystko dzieje się bardzo szybko. Jeżeli chodzi natomiast o Brytyjczyków, to wydaje mi się, że oni byli jak najbardziej w naszym zasięgu. W eliminacjach przecież mieli tylko minimalnie lepszy od nas wynik. Tak naprawdę teraz to można gdybać, co byłoby gdyby. Jest czwarte miejsce i trzeba się cieszyć.

Przed mistrzostwami nikt na pewno nie spodziewał się tak dobrej pozycji.

- Pewnie, że nie. Sami zakładaliśmy, że wejście do finału będzie już naszym naprawdę dużym sukcesem. Teraz jesteśmy przeszczęśliwi. Chociaż oczywiście pojawia się też jakiś niedosyt, bo przecież tak niewiele zabrakło do medalu.

0,01 to tyle, co nic.

- Dokładnie. To nie jest jakaś różnica poziomów sportowych, po prostu łut szczęścia.

Za rok są Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Tam może być lepiej?

- Chcielibyśmy, trzeba walczyć. Generalnie w Londynie będzie mogło wystartować 16 najlepszych sztafet na świecie, jeżeli chodzi o osiągane czasy [będzie się liczyć sumę czasów z dwóch biegów, a zaliczone będą tylko te starty, w których uczestniczą reprezentacje, co najmniej trzech państw - red.]. Nasz wynik z mistrzostw w Korei już jest liczony do kwalifikacji na igrzyska. Dlatego myślę, że spokojnie powinniśmy się załapać na ten wyjazd do Londynu.

Czwarte miejsce na mistrzostwach świata przełoży się teraz na wasze przygotowania do igrzysk? Możecie liczyć, na jakieś specjalne względy, stypendia?

- Na pewno wynik z Korei trochę nam wszystko ułatwi. Z budżetu związku będziemy mieli opłacone zgrupowania zagraniczne, a dużo łatwiej jest przygotować się do imprez mistrzowski na takich właśnie obozach. Stypendium też powinniśmy otrzymać. To wszystko powinno być dużym ułatwieniem w treningach, w przygotowaniach do Londynu, ale też chociażby do mistrzostw Europy, które będą przed igrzyskami.

Sztafeta to jedna kwestia, na pewno marzeniem jest start indywidualny w Londynie. Istnieje w ogóle realna szansa, byś pobiegł za rok na igrzyskach olimpijskich na swym koronnym dystansie 200 m?

- To moje marzenie. W tym roku minimum na mistrzostwa świata, wynoszącego 20,60 s, nie udało mi się wypełnić, ale myślę, że najwyższa forma przyszła właśnie w Daegu, czyli w kluczowym momencie. Przypuszczam, że minimum na igrzyska będzie na podobnym poziomie, jak to na mistrzostwa świata, dlatego trzeba pracować, trenować i postarać się je osiągnąć.

Na pewno masz rezerwy, aby poprawić rekord życiowy, wynoszący ledwie 20,81 s.

- Myślę, że jak najbardziej. Już na tych mistrzostwach w Korei na treningach widać było, że wszyscy prezentujemy się dobrze. Dlatego bardzo szkoda, że nie mieliśmy możliwości sprawdzić się indywidualnie.

W pewnym sensie mogłeś się sprawdzić z Usainem Boltem, który biegł na ostatniej zmianie w reprezentacji Jamajki, a ty kończyłeś polską sztafetę.

- Niestety, trochę mi zabrakło, żeby go dogonić [śmiech]. Tak naprawdę to jednak nie ma o czym rozmawiać. Bolt to inny świat.

Możecie się cieszyć, że w sztafecie zajęliście pierwsze miejsce, jeżeli chodzi o białych zawodników. Przed wami były tylko zespoły z Jamajki, Saint Kitts i Nevis oraz Francji, w której biegł tylko jeden biały sprinter.

- To rzeczywiście pewne pocieszenie, ale ostatecznie przecież i tak mamy czwarte miejsce.

Jakie masz teraz plany na starty?

- W czwartek startujemy w sztafecie w Diamentowej Lidze w Zurichu. Postaramy się o jakiś dobry wynik, może uda nam się uzyskać jeszcze lepszy czas niż w Korei. Bardzo chcielibyśmy urwać jeszcze kilka setnych, i mam nadzieję, że tak będzie. Potem w sobotę zostaje mi start w lidze seniorów w Krakowie i w końcu wakacje i odpoczynek.



Mówi Wojciech Niedźwiecki, klubowy trener Kamila Kryńskiego

Start polskiej sztafety w Korei zakończył się szczęśliwie. W finale Robert Kubaczyk przekazywał pałeczkę Kamilowi dwoma rękoma, bo złapał go skurcz mięśnia i już ledwo pokonywał kolejne metry. Dobrze, że chłopcy nie zgubili pałeczki. Z drugiej strony szkoda takiej zmiany, bo była szansa powalczyć nie tylko o brązowy medal, ale nawet o srebrny.

Kamil zrobił wszystko, tak jak należało, może być zadowolony z występu. Chociaż ta czwarta pozycja jest najgorsza dla sportowca, a przegranie miejsca na podium o 0,01 sek. na pewno boli szczególnie. Jakiegoś pecha mają sportowcy z naszego województwa, przecież na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie kajakarka z Augustowa przegrała medal o jeszcze mniejszą część sekundy [Edyta Dzieniszewska ze Sparty była w składzie kajakowej czwórki na 500 m, której do brązowego medalu zabrakło 0,048 s - red.]. Cieszyć może to, że dzięki wynikowi z Korei, Kamil będzie miał komfort w przygotowaniach do igrzysk w Londynie. Będzie mógł wyjechać na obozy klimatyczne.