Londyn 2012. Robert Mateusiak: Na igrzyska pojedziemy po medal

- Medal na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie nie jest marzeniem, czy życzeniem - to jest nasz cel - mówi Robert Mateusiak. Zawodnik Hubala Białystok, który wraz z Nadią Ziębą osiągnął ostatnio największy sukces w historii badmintona w Polsce. Nasz mikst zdobył złoty medal mistrzostw Europy
- Ten medal wywalczyliśmy w najmniej spodziewanym monecie - stwierdza Mateusiak, który we wtorek przechodził badania, gdyż na mistrzostwach Europy rozgrywanych w szwedzkiej Karlskronie doznał urazu ścięgna Achillesa.

- Na szczęście okazało się, że jest to tylko przeciążenie, a mieliśmy obawy, że może to być coś poważniejszego. Przed meczem ćwierćfinałowym postanowiliśmy nawet z Nadią, że jeżeli będzie mnie bolało to przerwiemy grę - wyjaśnia badmintonista Hubala.

W ćwierćfinale polska para zmierzyła się z rozstawionym z numerem jeden duetem z Danii Joachim Fischer Nielsen/Christinna Pedersen. Niespodziewanie dość łatwo poradziła sobie z faworyzowanymi rywalami. Nasz mikst wygrał 2:0 (21:17, 21:10).

- Z powodu mego urazu zaczęliśmy to spotkanie bardzo spokojnie. Nawet za bardzo nie rozgrzewałem się przed meczem. Ten spokój nam pomógł, zaskoczyliśmy tym rywali. My w sumie też zobaczyliśmy, że możemy grać bez szarpania i nieźle nam idzie. Nie było więc już mowy o przerwaniu meczu. Wygraliśmy pierwszego seta, a w drugim spisaliśmy się wręcz koncertowo. Duńczycy byli rozbici - mówi Mateusiak.

Wtedy uwierzyliście, że możecie zdobyć złote medale?

- Uwierzyliśmy, że jesteśmy w stanie zrobić coś dużego. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że nie będzie łatwo, bo w półfinale czekał nas pojedynek z mistrzami świata [angielsko-szkocką parą Chris Adcock/Imogen Bankier - red.]. Na szczęście udało nam się ich pokonać. Pierwszego seta wygraliśmy do 17, w drugim to rywale wygrali do 17. W trzeciej partii przez dłuższy czas prowadziliśmy, ale potem nastąpił moment dekoncentracji i popełniliśmy kilka prostych błędów, a przeciwnikom zaczęło wszystko wychodzić. Rywale doszli nas na 20:19, ale wówczas Szkotka przekombinowała z serwisem. Lotka po jej zagraniu zahaczyła delikatnie o taśmę i wylądowała dosłownie trzy centymetry poza boiskiem. Mogliśmy więc świętować trzeci z rzędu awans do finału na mistrzostwach Europy. Finał to była natomiast gra błędów. Źle rozpoczęliśmy mecz o złoto, przegrywaliśmy 0:4. Szybko jednak opanowaliśmy emocje i zaczęliśmy grać nasz badminton. Byliśmy lepsi od rywali pod każdym względem. Szkoda tylko, że w drugim secie doprowadziliśmy do horroru. Prowadziliśmy bowiem cały czas kilkoma punktami i chyba za szybko zaczęliśmy myśleć, że złote medale już nam są wieszane na szyjach. Duńczycy [Mads Pieler Kolding i Julie Houmann - red.] odrobili straty i wyszli nawet na prowadzenie 21:20. Na szczęście pokazaliśmy, że końcówki to nasza specjalnością, że jesteśmy mocni psychicznie. Wygraliśmy 24:22 i zdobyliśmy upragniony złoty medal.

Wywalczyliście złoto w najmniej spodziewanym momencie. Przez cały rok zmagaliście się przecież z różnymi problemami zdrowotnymi.

- Zgadza się. Ponadto losowanie mieliśmy fatalne, chyba najcięższe z możliwych. W pierwszym meczu zmierzyliśmy się z Rosjanami, a starcia z nimi na początku chcieliśmy uniknąć. W ćwierćfinale trafiliśmy na duet rozstawiony z numerem jeden, a mimo to ich rozbiliśmy. Radość jest ogromna, tym bardziej, że przecież Nadia nie trenowała przez ostatnie dwa miesiące. Ona pokazała siłę charakteru, a wytrzymała przecież trzy trudne tygodnie. Wcześniej przecież dotarliśmy do ćwierćfinału na turnieju w Australii, potem wygraliśmy zawody w Holandii. Musieliśmy grać jak najwięcej, aby zdobywać kolejne punkty do rankingu światowego. Przed trzema tygodniami byliśmy bowiem w nim na ostatniej pozycji dającej kwalifikację na igrzyska olimpijskie, a przewagę nad drużynami będącymi za nami mieliśmy minimalną. Teraz o występ w Londynie już nie musimy się martwić, dzięki zdobyciu mistrzostwa Europy zagwarantowaliśmy sobie udział na igrzyskach. Chociaż to jeszcze wszystko jest nieoficjalne, gdyż kto oficjalnie wywalczył kwalifikacje okaże się na początku maja.

Chyba jednak nie ma takiej możliwości żebyście spadli w rankingu światowym na pozycję, która nie daje prawa startu w Londynie, skoro nie pojechaliście na turniej do Indii (ma startować tam debel SKB Litpol-Malow Suwałki Adam Cwalina/Michał Łogosz, który występu na igrzyskach jeszcze pewny być nie może).

- Kwalifikację na igrzyska rzeczywiście mamy w kieszeni i dlatego odpuściliśmy sobie start w Indiach. Mistrzostwa Europy zakończyły się dla na rewelacyjnie i teraz mamy dwa tygodnie na odnowę biologiczną. Musimy doprowadzić się do stanu używalności, a od 8 maja zaczynamy przygotowania do igrzysk.

Teraz zdobyliście mistrzostwo Europy, wcześniej triumfowaliście w turniejach z cyklu Super Series w których bierze udział cała światowa czołówka. Da się jakoś porównać te wygrane?

- Za każdym razem na pewno graliśmy świetny badminton, ale na pewno ten ostatni sukces smakuje najbardziej. To jest nasz najcenniejszy medal.

Ten najcenniejszy można jednak zdobyć na igrzyskach olimpijskich.

- Oczywiście, to jest główna impreza. Dlatego też już jesteśmy myślami przy przygotowaniach do startu w Londynie. Wiem, że możemy na igrzyskach sprawić niespodziankę. W Londynie będzie 13-14 par, które prezentują bardzo wyrównany poziom, i które mogą zdobyć medale. My też jesteśmy w tym gronie. To będą moje czwarte igrzyska, Nadi drugie, już się nie możemy ich doczekać.

Do Londynu pojedziecie po medal?

- Taki jest nasz cel. Ja już dawno temu mówiłem, że na igrzyskach liczą się tylko medaliści. Zdobycie medalu to nie jest tylko nasze marzenie, to jest zadanie, które chcemy zrealizować.