Sport.pl

Londyn 2012. Badminton. Robert Mateusiak dla Sport.pl: Zabrakło szczęścia

Gdyby było nas stać na sparingpartnerów na światowym poziomie, nie moglibyśmy narzekać na nic. Kiedyś Anglicy rok przed igrzyskami ściągnęli sobie Indonezyjczyków i zdobyli wicemistrzostwo. Na te warunki, które mieliśmy, wycisnęliśmy z siebie więcej niż sto procent.
Paweł Orpik: Niewiele osób w Polsce liczyło zapewne, że w ćwierćfinale w Londynie wraz z Nadią Ziębą powalczycie jak równy z równym z drugą parą w rankingu światowym. Co czujesz kilka godzin po przegranym minimalnie meczu? Radość, że omal nie sprawiliście psikusa faworyzowanym Chińczykom czy...

ROBERT MATEUSIAK, najbardziej utytułowany polski badmintonista, uczestnik czterech igrzysk olimpijskich, aktualny mistrz Europy w mikście: Nie, absolutnie żadnej radości. Chociaż może faktycznie trzeba teraz szukać plusów? Jeżeli mamy być z czegoś zadowoleni, to z tego tylko, że powalczyliśmy na sto procent, oddaliśmy całe serce na korcie. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ale zabrakło troszeczkę szczęścia w tej końcówce meczu. Zostaje jednak przede wszystkim smutek i żal - nie ma co się oszukiwać. Zagraliśmy dobre zawody, piękny mecz, ale zabrakło szczęścia.

Tylko tego? A może za wcześnie uwierzyliście w zwycięstwo - przy prowadzeniu 16:12 w trzecim secie?

- Nie wiem do końca, co się wtedy stało. I nie chcę tego na gorąco analizować. Zdecydowanie stanęliśmy, oddaliśmy inicjatywę, trochę nerwów się wkradło w grę, zaczęliśmy psuć proste lotki. Zaczęliśmy grać za bardzo defensywnie, co nam się nie opłaciło, ale tak łatwo teraz mówić. Zrobiło się nerwowo, aczkolwiek nie poddaliśmy się i walczyliśmy do końca. Mało brakowało i jeszcze wygralibyśmy. Przecież ze stanu 18:20 objęliśmy prowadzenie. Zabrakło bardzo niewiele. Szkoda wielka, ale naprawdę zrobiliśmy to, co w naszej mocy.

Byliście optymalnie przygotowani do tego turnieju?

- Na warunki, jakie mamy w Polsce, tak. Wiadomo, że naszym problemem zawsze był brak odpowiednio silnych sparingpartnerów, na swoim poziomie. Trudno ściągnąć takich do Polski. Może zabrakło takich gier, wspólnych treningów. Dobrze, że byliśmy chociaż kilka dni w Korei, kilka w Danii, ale to mało. Fizycznie przygotowaliśmy się na pewno bardzo dobrze do igrzysk olimpijskich. Wytrzymaliśmy przecież mecz z Chińczykami pod tym względem. Moim zdaniem byliśmy bardzo dobrze przygotowani. Zabrakło szczęścia.

W kolejnych już igrzyskach zasłużyłeś na pochwały, ale znowu nie masz najważniejszego dla sportowca medalu.

- Badminton w Polsce jest bardzo mało popularny, nie ma takich nakładów finansowych, jak byśmy chcieli. Gdyby było nas stać na ściągnięcie sparingpartnerów na światowym poziomie, nie moglibyśmy na nic narzekać. Kiedyś Anglicy zainwestowali w coś takiego, rok przed igrzyskami ściągnęli sobie Indonezyjczyków i później zdobyli wicemistrzostwo olimpijskie. My na te warunki, które mieliśmy stworzone, wycisnęliśmy z siebie więcej nawet niż sto procent.

Nie udzieliło się wam w Londynie narzekanie na słabości Polaków podczas igrzysk olimpijskich?

- W ogóle. Wyszliśmy na ten mecz ćwierćfinałowy bardzo zdeterminowani. Wiedzieliśmy, że jeżeli zagramy na swoim najwyższym poziomie, to możemy pokonać Chińczyków i faktycznie niewiele zabrakło. Mnie nie interesowało to, co się dzieje wokół. Niczym więcej poza naszą grą się nie interesowałem.

Co dalej, teraz się zainteresujesz, zostaniesz w Londynie trochę?

- Chcę jak najszybciej wrócić do domu, aby odpocząć, wyciszyć się. Myślę, że z końcem sierpnia wrócimy do treningów, aby dalej grać. Warto jeszcze, nie myślę o kończeniu kariery. Wciąż mam frajdę, a oprócz tego - jak widać - warto. Stać nas na to, byśmy rywalizowali z najlepszymi na świecie. W grupie pokonaliśmy najmocniejszych Japończyków. Przegraliśmy nieznacznie z Duńczykami. Właśnie tego meczu chyba najbardziej możemy żałować, bo gdybyśmy dzisiaj grali o półfinał na miejscu Duńczyków, z parą z Tajlandii, to zakończyłoby się to naszym zwycięstwem i bylibyśmy dalej w zawodach. Ale przecież niewiele brakowało do tego, byśmy pokonali Chińczyków rozstawionych z numerem dwa. Szkoda, ale nie załamujemy się. Jeszcze trochę pogramy. Na pewno.

Jeśli badminton polski ma istnieć, to musicie, bo nie ma następców Mateusiaka, Michała Łogosza...

- Nie ma... Jakoś musimy chyba pociągnąć za sobą polską młodzież.

Więcej o: