Ponad pół wieku w sporcie. Sto medali podopiecznych Janusza Kuczyńskiego

Janusz Kuczyński, założyciel Podlasia Białystok, ma już 80 lat. Mimo to ciągle jest czynnym trenerem. Co ciekawe, szkoleniowiec lekkiej atletyki jest też najprawdopodobniej rekordzistą województwa podlaskiego w... skokach narciarskich. A wszystko zaczęło się od tenisa ziemnego
BIALYSTOK.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS

Spod ręki Janusza Kuczyńskiego wyszło liczne grono bardzo dobrych lekkoatletów. Jego podopieczni zdobyli około stu medali mistrzostw Polski w różnych kategoriach wiekowych. Jeszcze w poprzednim sezonie trener senior prowadził Kamilę Stepaniuk - wielokrotną medalistkę mistrzostw Polski i rekordzistkę kraju w skoku wzwyż.

Adam Muśko: Jest pan najstarszym czynnym trenerem lekkiej atletyki w Polsce?

Janusz Kuczyński: Edek Bugała, mój kolega z Warszawy, jest o rok starszy. On trenuje w AZS-ie Warszawa zawodników na 400 m przez płotki i płaskie 400 m. Ja teraz pracuję z dwoma 14-letnimi dziewczynami. Trenujemy skok wzwyż, a jedna z nich ma 181 cm wzrostu. Jest to wnuczka mojego byłego zawodnika. Na razie nie chcę mówić, czy coś z tego będzie, zobaczymy.

Ma pan już za sobą kilkadziesiąt lat w sporcie, jak to się zaczęło?

- Pierwszym sportem,z jakim się zetknąłem, był tenis ziemny, a było to podczas wojny. Mieszkałem na Nowym Mieście, a tam niedaleko były koszary wojskowe i kort tenisowy. Jako że nasz dom był duży, byli zakwaterowani tam oficerowie rosyjscy, a później niemieccy. Jedni i drudzy grali w tenisa, ja często podawałem im piłki. Czasami pozwalali mi zagrać. Natomiast po 1948 r. po Igrzyskach Olimpijskich w Londynie zainteresowała mnie lekkoatletyka. Wcześniej byłem harcerzem i umiałem zorganizować kolegów do działania. Na Nowym Mieście zrobiliśmy skocznię do skoków o tyczce. Była to po prostu taka piaskownica, a stojaki wycięliśmy z drzewa z pobliskiego lasu. Zresztą już później o tyczce skakałem 3,50-3,60 m, ale to była tyczka metalowa. Kilka razy zdobyłem mistrzostwo województwa w tyczce, biegałem także przez płotki. Ale w sumie jako zawodnik w lekkiej atletyce nie zdziałałem za wiele i potem całkowicie zająłem się trenerką.

Wiem, że było jeszcze narciarstwo, i to z sukcesami. To chyba do pana należy rekord województwa w skokach narciarskich?

- Po wojnie w naszym regionie narciarstwo było popularne. Nie było przecież hal sportowych i zimą z kolegami z podwórka dużo jeździliśmy na nartach. Potem kontynuowałem narciarstwo w klubie Start Białystok, gdzie byłem trenerem i zawodnikiem. W latach 50. były dwie skocznie w naszym województwie. Zbudowana w czynie społecznym skocznia terenowa w Ogrodniczkach, gdzie można było skakać po kilkanaście metrów. Była także większa skocznia na Nowym Mieście. W tamtych czasach w Polsce było narciarstwo górskie i nizinne. W pierwszym startowały województwa o tradycjach sportów narciarskich z takich ośrodków jak Karpacz, Szczyrk, Wisła, a w nizinnym pozostałe. Władze wojewódzkie musiały wykazać się pewnymi działaniami w stosunku do sportów zimowych i padło polecenie startu w Pucharze Nizin. Na pierwszy Puchar Nizin pojechaliśmy w 1954 r. do Gdańska. Adam Wilk z AZS-u Białystok, który u nas studiował, a pochodził z Zakopanego, w skokach zajął czwarte miejsce. Ja byłem jedenasty. Skoczyłem wtedy 21 m. W następnym sezonie, czyli w 1955 r. pojechaliśmy na zawody do Iwonicza Zdroju. Trzeba zaznaczyć, że za własne pieniądze. W otwartym konkursie skoków byłem trzynasty, najlepszy z Białegostoku. W najdłuższym skoku miałem 34,5 m. Po tych zawodach zostałem skierowany na kurs instruktorski do Zakopanego, i tam mogłem oddać dwa skoki na dużej krokwi. Były to skoki około 50 m, ale to było nieoficjalnie.

Wróćmy do lekkoatletyki. Jakie były początki klubu Podlasie?

- Od 1952 r. pracowałem w klubie Związkowiec, potem była Gwardia, ale tam zrobiono reorganizację i zrezygnowano z lekkiej atletyki. Następnie było jeszcze Ogniwo i Jagiellonia. Natomiast w 1957 r. przyszedłem do pracy w LZS-ie, gdyż w Jagiellonii pokłóciłem się z kolegami trenerami. Ja robiłem robotę, a oni brali medale. W LZS-ie założyłem sekcję lekkoatletyczną, która później wyodrębniła się jako Podlasie. W latach 1958-62 uczestniczyłem w szkole trenerów lekkoatletyki, najpierw w Wałczu, a później w Poznaniu. Z tej szkoły wyszło naprawdę bardzo dobre pokolenie trenerów. Mieliśmy najlepszych wykładowców. Mój dyplom jest podpisany przez Włodzimierza Reczka, ówczesnego prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego, a później także członka Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Na kursie poznałem trenerów, którzy później tworzyli słynny wunderteam. Z czasem zawodnicy Podlasia zaczęli wygrywać z Jagiellonią, a ja z tego powodu miałem kłopoty. Byłem wzywany do komitetu partii i nakazywano mi oddawać najlepszych do Jagiellonii. Ale zawodnicy sami się buntowali i zostawali u nas.

W tamtym czasie ogromną popularnością w kraju cieszył się wspomniany przez pana wunderteam stworzony przez Jana Mulaka. Zdarzało się, że w Warszawie na ich mecze przychodziło po 100 tys. ludzi. Jak było w Białymstoku, czy lekkoatletyka także była popularna?

- U nas także ten sport był bardzo popularny. Gdy chyba w 1962 r. zorganizowaliśmy pierwszy mecz międzypaństwowy z Grodnem, nie wszyscy byli w stanie to obejrzeć. Trybuna na stadionie w Zwierzyńcu mogła pomieścić około tysiąca osób i była całkowicie zapełniona. Ludzie stali także na wirażach i za ogrodzeniem z drutu kolczastego. Nie potrafię powiedzieć, ilu wtedy kibiców oglądało te zawody, ale były to tłumy. Ale także na pozostałe zawody krajowe stadion wypełniał się do ostatniego miejsca. Trenerów wunderteamu znałem dobrze. Jan Mulak to był mój przyjaciel, wybitny człowiek. W latach 90., gdy był już senatorem, często przyjeżdżał do Białegostoku i dużo rozmawialiśmy.

Jeszcze w poprzednim sezonie prowadził pan najlepszą zawodniczkę w skoku wzwyż w Polsce Kamilę Stepaniuk, która latem już z innym trenerem ustanowiła rekord Polski (199 cm). Jak na przestrzeni lat radził pan sobie z nowymi metodami treningowymi?

- Praktycznie cały czas jestem na bieżąco, a był okres, że to ode mnie trenerzy uczyli się. Często na różnych zawodach, ale także przy okazji wyjazdów prywatnych za granicę spotykałem się z różnymi trenerami. Jeździłem do Soczi, gdzie trenowały kadra Rosjan i zawodnicy NRD. Od trenerów z tych państw przywiozłem materiały, z których korzystała nasza kadra. Było to w języku rosyjskim, ale nasi trenerzy przez tłumacza tłumaczyli i wszyscy starali się mieć te materiały. To ja przecież od Rosjan przywiozłem nową metodykę nauczania skoku wzwyż i według tego trenowaliśmy z Barbarą Pieczeńczyk. Ona z wynikiem 186 cm zdobyła srebrny medal mistrzostw Polski w 1978 r. Zresztą kiedyś to była wymiana doświadczeń. Na zgrupowaniach często siedzieliśmy całymi nocami, robiliśmy zapiski, dyskutowaliśmy. Teraz każdy trener pracuje sam, nie ma wymiany wiedzy.

Czy Stepaniuk to najbardziej utalentowana zawodniczka z wszystkich, które pan prowadził?

- Dla mnie sporym talentem był wieloboista Leonard Szalecki, który na przełomie lat 70. i 80. zdobywał medale mistrzostw Polski w juniorach, ale później nasze drogi rozeszły się. U mnie zaczynała treningi także Maria Żukowska, która później przeszła do AWF Warszawa i tam już startowała. W latach 70. zdobywała tytuł halowej mistrzyni Polski na 60 metrów, wygrywając z Ireną Szewińską. Oczywiście, dla Szewińskiej był to za krótki dystans. Zresztą na AWF Warszawa z naszego regionu skierowałem kilkadziesiąt osób i teraz jestem cenionym gościem na tej uczelni. Natomiast jeżeli chodzi o Stepaniuk to była ciekawa historia. Kamila pochodzi z Bielska Podlaskiego, ale jej mama, moja była zawodniczka Wanda Falkowska, powiedziała, że odda córkę do białostockiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego pod warunkiem, że ja będę ją trenował. I tak pomimo że już od kilku sezonów nie pracowałem jako trener, musiałem wrócić do pracy. Zawiozłem ją na dwa obozy kadry, ale trenerzy uznali, że się nadaje do lekkiej atletyki. Także trenowała poza kadrą ze mną, ale z kadrowiczkami wygrywała. Prowadziłem ją przez 10 lat, doprowadzając do kilkunastu medali mistrzostw Polski. Rekord Polski ustanowiła po ośmiu miesiącach po rozstaniu ze mną. Trenując u mnie zrobiła jeszcze dwa kierunki studiów, a trzeba przyznać, że była trudną zawodniczką do prowadzenia. Rozstaliśmy się w dobrych relacjach, i dalej jej kibicuję.

Więcej informacji na bialystok.sport.pl