Sport.pl

Jarecki: To było coś wspaniałego

Prawie 17 lat czekali kibice Jagiellonii na zwycięstwo swych ulubieńców nad Legią. Białostoczanie w piątek przełamali niemoc w konfrontacji z klubem ze stolicy, pokonali rywali 2:1. - Teraz czas zmazać plamę ze spotkań wyjazdowych - mówi strzelec jednej z bramek Dariusz Jarecki
Trzy mecze i sześć punktów - to dorobek po przerwie w rozgrywkach podopiecznych Michała Probierza. Zawodnicy Jagi na inaugurację rozbili 3:0 Arkę Gdynia, w następnym pojedynku spisali się już jednak słabo. Przegrali co prawda tylko 0:1 z liderem ekstraklasy Lechem Poznań, ale praktycznie w ogóle nie podjęli walki z wyżej notowanym rywalem. Na szczęście szybko wyciągnęli wnioski z tamtej konfrontacji. W piątek wszyscy gracze zaprezentowali się dużo lepiej niż tydzień wcześniej. W ich grze nie było niezrozumiałej bojaźni, strachu przed przeciwnikiem czy też wybijania piłki - aby dalej od własnej bramki. Chociaż początek mieli jeszcze niemrawy, a dopiero strata gola podziałała na nich mobilizująco.

- Trener po meczu z Lechem miał do nas największe pretensje o to, że wyszliśmy na boisko jacyś sparaliżowani - mówi Jarecki. - Teraz było już inaczej, a w starciu z Legią pokazaliśmy charakter. Potrafiliśmy się szybko podnieść po straconej bramce i nie tylko odrobić straty, ale też wyjść na prowadzenie.

Białostoczanie stracili gola po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, a piłkę do siatki skierował barkiem Takesure Chinyama. W tej sytuacji napastnik Legii zderzył się z Jareckim i potem pomocnik grał z obandażowaną głową.

- Przez to byłem bardziej widoczny - śmieje się Jarecki. - Jednak tak naprawdę dopiero po meczu w telewizji zobaczyłem, jak naprawdę wyglądała ta cała sytuacja. Szkoda że nie udało mi się upilnować do końca Chinyamy, a to ja miałem być cały czas przy nim podczas stałych fragmentów gry wykonywanych przez rywali.

Rozcięta głowa i opatrunek w żaden sposób nie utrudniały gry Jareckiemu. Pomocnik, jak w każdym spotkaniu, dawał z siebie wszystko, nie było dla niego straconych piłek i nigdy nie odstawiał nogi. Czasami jego akcję mogły wydawać się chaotyczne, ale tyle ambicji, ile on wkłada w grę, nie wykazuje chyba żaden z innych zawodników Jagi. Ukoronowaniem jego występu był gol na 2:1, który, jak się później okazało był zwycięskim.

- Kamil Grosicki dograł mi tak idealnie piłkę, że nie mogłem tego zmarnować. Zwycięski gol, strzelony jeszcze Legii, to było naprawdę coś wspaniałego, przecież niecodziennie wygrywa się z tym zespołem - stwierdza Jarecki. - Bardzo się cieszę, że w końcu zdobyłem gola, bo z moją skutecznością ostatnio nie było najlepiej. Już myślałem, że się na dobre zaciąłem.

Bramka strzelona w piątek była dopiero czwartym trafieniem Jareckiego w ekstraklasie. Co ciekawe, wcześniejsze gole też zazwyczaj były decydującymi o losach meczu. Pierwszego w krajowej elicie zdobył przed dwoma laty. Grając wówczas w Górniku Łęczna, pomocnik w samej końcówce spotkania wpisał się na listę strzelców, a jego zespół pokonał 3:2 Pogoń Szczecin. Kolejne trafienie zaliczył na inaugurację poprzedniego sezonu. Wtedy zdobył gola przy stanie 1:1, a Jagiellonia pokonała ostatecznie 2:1 Polonię Bytom. Trzeciej z bramek zdobytych w ekstraklasie pomocnik już tak miło nie wspomina, gdyż strzelił ją w przegranym 2:5 meczu z Zagłębiem Lubin. Piątkową jednak na długo zachowa w pamięci.

- Rzeczywiście, te moje dotychczasowe bramki miały spore znaczenie jeżeli chodzi o końcowy wynik spotkań. Warto było więc czekać, żeby przeżyć coś takiego jak w piątek - mówi Jarecki.

Jednak nie tylko Jarecki, ale prawie wszyscy zawodnicy zagrali bardzo dobre spotkanie. Największa presja przed pojedynkiem ciążyła na Grosickim. Piłkarz wypożyczony do Jagi z Legii nie dość, że grał przeciwko swemu byłemu klubowi, to za jego występ włodarze z Białegostoku muszą wyłożyć teraz 61 tys. zł.

- Starałem się o tym w ogóle nie myśleć, a w zasadzie do odprawy meczowej byłem przekonany, że rozpocznę spotkanie na ławce. Cieszę się z wygranej i też z tego, że dołożyłem swą grą jakąś cegiełkę do tego zwycięstwa - mówi Grosicki, który asystował przy golu Jareckiego, a sam też mógł wpisać się na listę strzelców. Podobnie jak Brazylijczyk Bruno, który rozegrał kolejny bardzo dobry mecz i białostoczanie powinni mieć z jego gry jeszcze sporo radości. Identycznie jak z Tomasza Frankowskiego. Napastnik Jagi w piątek zdobył bramkę niespotykanej urody. Po dośrodkowaniu Krzysztofa Króla, przepięknym uderzeniem piętą skierował piłkę do bramki Legii, doprowadzając do remisu.

- Na treningach ćwiczymy bardzo dużo podobnych akcji oskrzydlających, a ja mamy za zadanie je kończyć - stwierdza Frankowski, dla którego był to trzeci gol w trzecim spotkaniu po powrocie do polskiej ligi i Jagiellonii. - Jednak trzeba też powiedzieć, że w końcówce meczu opatrzność nad nami czuwała, bo Legia mogła przecież doprowadzić do wyrównania.

Pod koniec spotkania kilkakrotnie zakotłowało się pod bramką Rafała Gikiewicza, ale nie musiał on wyjmować piłki z siatki i po meczu kibice długo skandowali "Legła Warszawa".

- Musimy już jednak zapomnieć o meczu z Legią, w piątek wygrać na wyjeździe z Piastem Gliwice i w końcu zmazać plamę ze spotkań wyjazdowych - mówi Jarecki, który jako jeden z niewielu zawodników w kadrze Jagi pamięta ostatnią wygraną na boisku rywala w lidze. Było to dokładnie 1 grudnia 2007 r., a białostoczanie wówczas pokonali 1:0 Polonię Bytom.