Sport.pl

Kiepski jubileusz. Jaga remisuje z Lechią

Na pewno nie tak sympatycy Jagiellonii wyobrażali sobie setny mecz swych ulubieńców w ekstraklasie, rozegrany na własnym stadionie. Białostoczanie po słabym występie zremisowali bezbramkowo z Lechią i spadli na przedostatnie miejsce w tabeli.
Nie było bramek, a nawet zbyt wielu emocji. Białostoczanie, którzy w obecnym sezonie w roli gospodarza nie zwykli tracić punktów, przez praktycznie cały sobotni mecz z Lechią Gdańsk walili głową w mur. W zasadzie nie mieli też pomysłu na rozmontowanie dobrze spisującej się defensywy gości, którzy odczuwali jeszcze trudy środowego meczu z Arką Gdynia (wygrana 2:1), i do Białegostoku przyjechali z zamiarem, aby przede wszystkim nie stracić gola. To im się udało, gdyż miejscowi stworzyli sobie tylko jedną okazję do zdobycia bramki.

Zabrakło konstruktora

- Spodziewałem się czegoś więcej po Lechii, gdyż w poprzednich spotkaniach grała otwartą piłkę. W Białymstoku się zamurowała. Szkoda, bo ciężko się gra, kiedy jedenastu zawodników z drużyny przeciwnej się broni - mówi Igor Lewczuk, obrońca białostoczan, który był chyba najlepszym zawodnikiem w barwach Jagiellonii w sobotę na boisku. Jego ofensywne wejścia siały największy popłoch wśród rywali, ale niestety akcje miejscowych kończyły się zazwyczaj na wysokości pola karnego przeciwników. To również Lewczuk oddał jedyny celny strzał w tym meczu, chociaż trudno też nazwać jego uderzenie głową - strzałem, było to bowiem raczej podanie do bramkarza Lechii, Pawła Kapsy. Mimo wszystko jednak nie obrońca powinien być najgroźniejszy w ataku. Niestety kompletnie odcięty od podań został Tomasz Frankowski. Kamil Grosicki przez cały mecz też mógł czuć oddech rywala na swoich plecach. Nie miał miejsca, żeby wykorzystać swój największy atrybut - szybkość. Być może byłoby inaczej, gdyby w sobotę mógł zagrać Bruno. Niestety piłkarz, który jednym niekonwencjonalnym podaniem potrafi otworzyć koledze z drużyny drogę do bramki przeciwnika, musiał pauzować z powodu nadmiaru żółtych kartek. Dlatego też miejsce w środku pomocy, obok Hermesa, zajął Pavol Stano. Słowak w kolejnym już spotkaniu udowodnił jednak, że jest graczem o inklinacjach do gry w defensywie, a nie piłkarzem obdarzonym zmysłem konstruowania akcji. Za to miał odpowiadać w sobotę Hermes, i chociaż dobrych chęci nie można mu odmówić, nie sprostał zadaniu.

- Gdy gram z Bruno, to on jest z przodu, a ja go asekuruje. Tym razem było inaczej. Starałem się zagrać kilka prostopadłych piłek, ale zostały niewykorzystane - tłumaczy Hermes, który w drugiej połowie musiał się bardziej skupić na rozbijaniu ataków rywali, gdyż z boiska zszedł Stano. Za konstruowanie akcji miał odpowiadać Marco Reich. Niestety również on temu do końca nie podołał. Oprócz dokładnych podań do napastników, zabrakło też strzałów z dystansu. Już w pierwszej połowie bramkarz gdańszczan Paweł Kapsa pokazał, że nie jest najlepiej dysponowany, gdy wypuścił przed siebie piłkę po dośrodkowaniu Lewczuka. Białostoczanie tego jednak w żaden sposób nie wykorzystali.

Na pewno był faul

Po zmianie stron akcje miejscowych zaczęły nabierać polotu i byli blisko objęcia prowadzenia. W 56. minucie, po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Wahana Geworgiana, głową uderzał Andrius Skerla, ale piłka odbiła się tylko od poprzeczki bramki gości.

- Kiedy nie strzelają napastnicy, to robią to obrońcy. Niestety trochę zabrakło - martwi się Litwin, którego na dobrą sprawę w tym momencie nie powinno być już na boisku. Jeszcze w pierwszej połowie bowiem sfaulował w polu karnym Ivansa Lukjanovsa i powinien zobaczyć czerwoną kartkę. Sędzia Artur Radziszewski nie odgwizdał jednak przewinienia.

- Dwie minuty po tym fakcie kierownik naszej drużyny otrzymał dwa SMS-y, które brzmiały jednakowo - ewidentny karny - stwierdza trener Lechii Tomasz Kafarski.

- Był ewidentny faul, ale najpierw na Grzegorzu Szamotulskim, a potem dopiero była sytuacja z Lukjanovsem - mówi z kolei trener białostoczan Michał Probierz. - Z drugiej strony sędzia nie odgwizdał chyba trzech rzutów wolnych na Szamotulskim, a gwizdał wówczas gdy bramkarz rywali sam uderzył piłką w głowę swego zawodnika. Lechia miała dziś bardzo dużo szczęścia.

O szczęściu mogą również mówić też białostoczanie, gdyż skupieni na obronie rywale także przeprowadzali groźne kontry. Jednak za każdym razem obronna ręką z zagrożenia pod własną bramką wychodził wychowanek Lechii - grający obecnie w Jagiellonii - Szamotulski.

Po remisie z Lechią Jaga spadła na przedostatnie miejsce w tabeli i należy mieć tylko nadzieję, że skoro zawodnicy należycie nie uczcili setnego meczu w ekstraklasie przed własną publicznością, to zrobią to w kolejnym spotkaniu. W sobotę zagrają z Odrą Wodzisław Śląski, a będzie to ich dwusetny pojedynek w historii w krajowej elicie. Szkopuł jednak w tym, że mecz odbędzie się na wyjeździe, a jutro miną dokładnie dwa lata od ich ostatniej wygranej na obcym boisku.



Jagiellonia Białystok - Lechia Gdańsk 0:0

Jagiellonia: Szamotulski - Lewczuk, Skerla, Cionek, Król - Jarecki (72. Falkowski), Stano (46. Geworgian), Hermes, Reich Ż - Grosicki Ż, Frankowski.

Lechia: Kapsa - Wołąkiewicz (77. Dawidowski), Kozans, Cvirik, Mysona - Piątek, Surma, Nowak - Kowalczyk (61. Buzała), Wiśniewski, (70. Pietrowski Ż), Lukjanovs.

Widzów: 4800. Sędziował (jako główny) Artur Radziszewski z Warszawy).