Twierdza Jagiellonii została zdobyta

Przez półtora roku piłkarze Jagiellonii nie przegrali w lidze na własnym stadionie. W sobotę świetna seria została przerwana. Białostoczanie ulegli 1:2 Lechii Gdańsk. Dopiero po stracie dwóch bramek, pokazując namiastkę dobrej gry z jesieni
Dokładnie 12 września 2009 r. białostoczanie przegrali 2:3 na własnym stadionie z Lechem Poznań. Potem już piłkarze Jagiellonii mogli szczycić się tym, że w Białymstoku w pojedynkach ligowych nie ma na nich mocnych. Ich seria meczów bez porażki w lidze przed własną publicznością wynosiła 19. Taką passą nie mogła pochwalić się żadna inna drużyna w ekstraklasie. Wręcz kapitalnie białostoczanie spisywali się jesienią obecnego sezonu. U siebie wygrali wszystkie siedem spotkań i m.in. dzięki temu przerwę w rozgrywkach spędzili na pierwszym miejscu w tabeli.

- Jesienią niektóre mecze wygrywaliśmy dość fartownie. We wtorek w zaległym spotkaniu ze Śląskiem Wrocław już szczęśliwie uratowaliśmy remis. W końcu przyszedł mecz, którego nie musieliśmy przegrać, a jednak doznajemy pierwszej porażki. Dlaczego nie możemy wygrać w Białymstoku? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Myślę, że najlepiej porozmawiać o tym z trenerem, bo to on jest najbardziej kompetentną tutaj osobą - mówi Tomasz Frankowski.

- Ja rozbudziłem nadzieje, jeśli chodzi o mistrzostwo Polski i teraz pełną odpowiedzialność za to, w jaki sposób gramy, biorę na siebie - stwierdza trener Michał Probierz, który w starciu z Lechią zdecydował się na cztery zmiany w podstawowym składzie swej drużyny w porównaniu do meczu ze Śląskiem. Na ławce rezerwowych usiedli m.in. Franck Essomba oraz Ermin Seratlić. Obaj zawodnicy w okresie przygotowawczym prezentowali się bardzo dobrze, ale w pierwszych meczach o stawkę spisywali się już słabo. Szansę gry od pierwszej minuty dostał za to po raz pierwszy Vuk Sotirović i to właśnie Serb w 15. minucie mógł wpisać się na listę strzelców. Napastnik otrzymał bardzo dobre podanie od Marcina Burkhardta, z łatwością ograł Krzysztofa Bąka, ale niestety jego strzał bez większych problemów obronił Sebastian Małkowski.

- Niestety, nie udało się zdobyć gola, ale cóż, takie jest życie - mówi Serb.

Kibice za to kilka minut później zaczęli skandować "Tomasz Frankowski, najlepszy napastnik Polski!". Najlepszy strzelec drużyny szybko pojawił się na boisku, gdyż murawę z powodu urazu musiał opuścić Burkhardt.

- Na pewno w jakiś sposób grę skomplikowała nam kontuzja Burkhardta, bo chcieliśmy Tomka Frankowskiego wpuścić trochę później i rozstrzygnąć losy meczu na swoją korzyść - tłumaczy trener Probierz.

Niestety, tak wejście Frankowskiego, jak też zmiany w kadrze od początku spotkania nie odmieniły gry Jagiellonii. Niedawny lider ekstraklasy tak jak w pierwszych wiosennych meczach raził niedokładnością. Białostoczanie ponownie mieli problem z wymianą kilku dokładnych podań, przegrywali pojedynki jeden na jednego. Co więcej nawet mieli kłopot z dokładnym wyrzuceniem piłki z autu, żeby zaraz jej nie stracić. Właśnie po takiej sytuacji w pierwszych minutach spotkania Lechia wyszła z groźną kontrą. Na szczęście nie było gola, gdyż Grzegorz Sandomierski kapitalnie obronił strzał Ivansa Lukjanovsa. Niestety, bramkarz Jagiellonii nie miał szczęścia kilka minut po zmianie stron.

- To moja pierwsza bramka w Jagiellonii - tak skomentował stratę pierwszego gola przez Jagiellonię, gdy piłka uderzona przez Lukjanovs odbiła się najpierw od słupka, a potem od Sandomierskiego i wpadła do siatki. Chwilę później Lechia prowadziła już 2:0. Bramkarz Jagiellonii jeszcze zdołał obronić strzał Łukasza Surmy, ale wobec dobitki Abdou Razack Traore, który z dziecinną łatwością poradził sobie z białostockimi obrońcami, był bezradny. Od tego momentu w końcu gospodarze zaczęli przypominać drużynę z jesieni. Chwilami zamykali wręcz Lechię na jej połowie i w końcu zaczęli stwarzać sytuacje do zdobycia goli.

- Musieliśmy stracić dwie bramki, żeby się obudzić i zacząć grać to, co ćwiczyliśmy podczas przygotowań - denerwował się po meczu Tomasz Kupisz, który zaliczył asystę przy bramce Jarosława Laty. Po szybko zdobytym kontaktowym golu można było mieć nadzieję, że białostoczanie są w stanie doprowadzić do remisu. Mieli ku temu kilka okazji, ale po żadnym z ich strzałów (a próbowali Frankowski, Rafał Grzyb i Luka Pejović, po jego uderzeniu piłka trafiła w poprzeczkę) Małkowski nie musiał wyjmować piłki z własnej bramki. Tym samym pierwsza porażka Jagiellonii stała się faktem.

- W dwóch meczach na wiosnę na własnym boisku zdobyliśmy zaledwie punkt. Zdajemy sobie sprawę, że jest to za mało. Mamy taki okres, w którym nam gra nie wychodzi, tak jak byśmy sobie tego życzyli. Brakuje też trochę pewności siebie, trzeba zacząć wygrywać i wtedy to wszystko wróci do normy - uważa Hermes.

Po porażce z Lechią białostoczanie pozostali wiceliderem ekstraklasy, ale do prowadzącej Wisły Kraków tracą już cztery punkty, chociaż wiosnę rozpoczynali z trzema "oczkami" przewagi.

- Mamy teraz złą passę, ale to nie znaczy, że nie myślimy o mistrzostwie. Liga jest tak wyrównana, że jeszcze wiele może się zdarzyć - stwierdza Sotirović.

Na razie białostoczanie muszą jednak się skupić nie na lidze, a Pucharze Polski. W środę w Białymstoku zagrają z Lechią rewanżowe spotkanie ćwierćfinału tych rozgrywek. W pierwszym meczu padł bezbramkowy remis.



Jagiellonia Białystok - Lechia Gdańsk 1:2 (0:0)

Strzelcy bramek : Jarosław Lato (60.) - Grzegorz Sandomierski (54. - samobójcza), Abdou Razack Traore (57.).

Jagiellonia: Sandomierski - Norambuena, Skerla, Cionek, Pejović - Kupisz, Kaszczelan Ż (63. Hermes), Grzyb, Lato - Burkhardt (37. Frankowski) - Sotirović (66. Seratlić).

Lechia: Małkowski - Deleu, Bąk, Vućko, Ajrapetjan - Surma, Bajić Ż (70. Pietrowski), Nowak - Lukjanovs (90.+1. Andriuskevicius), Buval, Traore (82. Poźniak).

Sędziował (jako główny) Radosław Trochimiuk z Warszawy.

Widzów: 6000.