Sport.pl

Piłka nożna w Białymstoku, czyli Jaga i nic [WIDEO]

W cieniu Gran Derbi, derbów Polski, wyjazdu Jagiellonii do Lubina, w cieniu wszystkiego rozpoczął się w niedzielne przedpołudnie (17.04) mecz dwóch białostockich drużyn w najwyższej obecnie możliwej klasie rozgrywkowej; czwartej, a ściśle - licząc od ekstraklasy - to piątej
Dochodziła godzina 11. W okolicy skrzyżowania ul. Popiełuszki z Elewatorską spotkać można było niemal tylko wiernych, zmierzających z palmami do (lub z) pobliskiego kościoła. Zza rozsypujących się resztek ogrodzenia dało się dostrzec kilkudziesięciu chłopaków szykujących się do gry i ich trenerów, pilnujących, by żadna z piłek gdzieś się nie zapodziała. Ubrani w różne stroje, nawet z Jotką na piersi, choć z Jagiellonią mieli niewiele wspólnego (wizytówka Podlasia kilkanaście godzin wcześniej wygrała swój mecz w Lubinie; natomiast drużyna Młodej Ekstraklasy szykowała się do gry w poniedziałek na przebudowywanym stadionie miejskim przy ul. Słonecznej). To gracze Piasta - gospodarze i Hetmana - goście.



- Jakie tam derby? - westchnął tylko 66-letni Grzegorz Szerszenowicz, który jest stałym bywalcem podlaskich stadionów. Przyglądał się białostockim piłkarzom i zastanawiał się, czy tego dnia pojechać jeszcze na mecz w Surażu. Obecnie trenuje IV-ligową Spartę Augustów, ale prowadził całą masę zespołów z regionu, łącznie z Jagiellonią, a w 1988 r. z Lechem Poznań sięgnął po Puchar Polski. - Jakie tu ma znaczenie, że Piast i Hetman są z jednego miasta? Ten mecz jest istotny w walce o utrzymanie, bo obie drużyny są zagrożone spadkiem z IV ligi, tyle. A derby to mieliśmy kiedyś, jak Gwardia [obecny Hetman - red.] grała z Jagiellonią. Wtedy coś znaczyły.

Wtedy, czyli pod koniec lat 90., kiedy Jaga przeżywała ogromne trudności organizacyjne. Zmierzała wprost do IV ligi i niektórzy jej zawodnicy decydowali się na zasilenie konkurenta zza miedzy, którego największym sukcesem w powojennej historii była gra w II lidze w latach 50. (w Białymstoku ponadto udało się to tylko Włókniarzowi w sezonie 1973/4). W wyższej lidze niż III, białostockie zespoły nigdy ze sobą nie zagrały.

Ostatni mecz derbowy o wyższą stawkę miał miejsce 3 czerwca 2003 r. W finale wojewódzkiego Pucharu Polski powstająca z kolan Jagiellonia (awansująca do II ligi, przejmowana m.in. przez obecnych właścicieli) pokonała 2:1 IV-ligowego Hetmana.

Pestki - stadionowa tradycja

Boisko przy Elewatorskiej to trochę nierówności, trochę trawy. Jak na początek wiosny, warunki do kopania piłki wcale nie najgorsze. Wzdłuż sypiącej się siatki, pod którą wciąż walają się resztki zeszłorocznego siana, ustawiło się kilkanaście samochodów i z 40 widzów - w większości rodziny i znajomi obu drużyn, działacze klubowi, związkowi. Z każdą minutą ich przybywało, na początku meczu było ok. 100. Część zajęła miejsca na resztkach trybun - ławek, betonu, śrub. Młodzież zdawała sobie relacje z imprez weekendowych, starsi panowie rozmawiali o polityce i piłce. Ktoś tam bawił się z psem. Niemal wszyscy łuszczyli pestki. To taka nasza stadionowa tradycja.

W końcu drużyny zebrały się przy ławkach rezerwowych, za które służą jakieś stare wiaty autobusowe. Do budynku obok, gdzie - jak czytamy na żółtym banerze - swoją siedzibę ma "Katolicki Klub Sportowy Piast Białystok" pójdą tylko na chwilę w przerwie. Faktycznie nie zachęca do odwiedzin. Wygląda, jakby zaraz miał się rozsypać - na elewacji resztki farby, strzępy dykty...

- Teraz nie jest wcale tak źle, jak wygląda. Zimą, przy mrozach, o wtedy to ciężko tu wytrzymać - wyjaśni później Jacek Bayer, trener Piasta.

Jego drużyna w bojowym uścisku krzyknęła, że wygra. Hetman posłusznie zareagował na pierwsze wezwanie arbitra, oczekującego przy linii ograniczającej plac gry. Piłkarze weszli na boisko, zwyczajowo przekazali pozdrowienia wokół.

- Panowie! Koniec dłubania pestek - sędzia liniowy odwrócił się jeszcze w stronę ławki Hetmana, a główny dał sygnał do gry.

- Nie przypominam sobie, by coś w jakichkolwiek przepisach było o pestkach. Ja zgadzam się na pestki, lizaki, byle był spokój z boku. Jeżeli to kogoś uspokaja, niech łuska, je, nie ma problemu - uśmiechał się w przerwie meczu Przemysław Sarosiek, jeden z najbardziej znanych (bardziej chyba nawet niż międzynarodowy Hubert Siejewicz) arbitrów na podlaskich boiskach.

- Mamy swoje Gran Derbi, panie sędzio! - rzucił ktoś z trybun.

Piłkarzom nie brakowało tylko ambicji. Poziom gry był adekwatny do poziomu ligi.

- Nie za wysoki, ale wpływ ma na to wygląd boiska. Może nie jest tragiczne, ale nierówne. A ponadto mecz jest szybki, zacięty - oceniał Szerszenowicz.

- Jak w derbach: dużo walki - stwierdził Sarosiek. - Zawodnikom zależy szczególnie, co przeszkadza w grze, bo wiem, że umieją lepiej. Walczą o punkty, niektórzy występowali poprzednio w zespole przeciwnika, ponadto w Białymstoku każdy chce się pokazać przed rodziną, znajomymi.

Przewagę na boisku posiadał Piast, który w przypadku porażki zaczynał żegnać się z tym poziomem rozgrywek. Miał kilka okazji bramkowych, lecz nie potrafił trafić do siatki - tej w bramce, a nie za nią, która jest dziurawa, więc bramkarz musiał kilka razy przeciskać się przez dziurę, by przynieść piłkę z klepiska obok.

Ostrych starć też nie brakowało. Kiedy któryś z graczy nie dał rady podnieść się na nogi, pomagała mu młoda dziewczyna. Wystarczyło, że trochę schłodziła bolące kości sprayem z saszetki.

Trener Hetmana Andrzej Pietrzyk spokojnie obserwował zmagania, niemal nie interweniował. Jacek Bayer mocno przeżywał, podpowiadał, załamywał ręce.

- Nie no, ku..., ja pier... - zasyczał, kiedy Hetman zdołał zbliżyć się do pola karnego jego zespołu i zdobył zwycięskiego, jak się okazało, gola. - Nie, no nie ma co się denerwować. Gramy chłopcy! Gramy! - zachęcał zaraz.

Tak nisko jeszcze nie byli

- Płynnej gry było bardzo mało, widać po moich chłopcach brak treningów na naturalnej murawie - podsumowywał Andrzej Pietrzyk, którego Hetman ćwiczy na sztucznym boisku przy Zespole Szkół Mechanicznych. Mecze zaś w roli gospodarza rozgrywać musi w Juchnowcu, bądź w Wasilkowie. Kiedyś dysponował boiskami przy Słonecznej, ale teraz Białystok buduje tam nowy, europejski stadion. Z raz w tygodniu na podgrzewanej, równiutkiej jak stół trawie, może ćwiczyć Jagiellonia, która tam też rozgrywa swoje mecze w ekstraklasie i Młodej Ekstraklasie.

- Na treningach nasza gra wygląda zupełnie inaczej, ale sztuczna murawa a ta naturalna, to dwa różne światy - przekonywał Pietrzyk. - W końcu jesteśmy piłkarzami, by trenować na normalnym boisku, a nie sztucznym. Nie chcę być posądzany o narzekanie, ale proszę wierzyć, mam rację. Nie możemy poprawić się w grze, nie mamy nawet, gdzie sparingu w Białymstoku rozegrać. Jak ostatnim razem udało mi się umówić na taki, to musiałem pojechać do Narwi.

O ile Jagiellonii tak dobrze jak obecnie nigdy w rozgrywkach nie szło, o tyle z pozostałymi białostockimi drużynami tak źle jeszcze nie było. Hetman broni się przed spadkiem z IV ligi, choć przez długie lata nic takiego mu nie groziło. Dwukrotnie mógł wręcz grać w III lidze. Rezygnował, tłumacząc się brakiem pieniędzy i odpowiedniego boiska. W klubie zawsze ważniejsi byli bokserzy, których utrzymanie kosztuje mniej. Ponadto oni mogą otrzymać stypendia sportowe z kasy miejskiej (na pierwsze półrocze pięciu pięściarzy i judoczka Hetmana dostali 36 tys. zł).

Piast z kolei trzy lata temu z identycznych przyczyn wycofał się z baraży o III ligę. Teraz - po siedmiu latach gry w IV lidze - raczej spadnie jeszcze niżej. Faktycznie - do szóstej klasy rozgrywkowej.

- Nie mogło być inaczej, skoro dziewięciu zawodników nie podejmuje mi treningów przed sezonem, a juniorzy jeszcze nie są w stanie podołać wyzwaniom nawet w takich rozgrywkach - tłumaczył Bayer. - Jesteśmy może jedynym klubem w IV lidze, gdzie nie ma żadnych pieniędzy za grę w seniorach. Staramy się zwracać co najwyżej jakąś część za kupno butów, czy badania lekarskie. Nie mamy sponsorów, którzy chcieliby nam pomóc w takiej lidze, w takich warunkach...

Na szkolenie młodzieży z kasy miasta w pierwszym półroczu 2011 r. Piast otrzymał 40 tys. zł, Hetman - 175 tys., ale prócz piłki nożnej ma jeszcze trzy inne sekcje sportowe, prócz wspomnianych - także brydż.

- Finanse decydują o wszystkim. W Hetmanie zawodnicy mają symboliczne pieniądze na jakieś pranie, a w Piaście nic, więc tak to wygląda - dodawał Szerszenowicz. - Rozumiem, że budowany jest stadion miejski dla Jagiellonii, ale tam właśnie Hetman miał wcześniej swoje boiska do gry, treningów. W zamian za oddanie tego miastu, tutaj, przy Elewatorskiej, miał dzielić z Piastem również nowo wybudowany obiekt. Tylko że tu wciąż nic się nie dzieje, co martwi. Wręcz wszystko idzie w dewastację.

Wśród obserwatorów spotkania stali m.in. dwaj ojcowie byłych juniorów Hetmana (z rocznika 1989, trenera Sławomira Kopczewskiego). Jeden wolał się nie przedstawiać, co nie dziwi, skoro układem mafijnym określił to, że magistrat hojnie nagradza sukcesy Jagiellonii i płaci jej kwoty idące w miliony złotych za promocję Białegostoku.

- Nie przesadzaj - uspokajał Wojciech Budźko. - Ale żal jest, bo nasi chłopcy nie mają gdzie grać w Białymstoku, trenować, nie ma dla nich żadnego boiska. Tu powinna być przynajmniej III, nawet II liga, a tak muszą jeździć po klubach w regionie. Tu widzi się tylko Jagiellonię. Niech władze pomogą trochę innym. Inaczej ci chłopcy pójdą w miasto, jak kiedyś jedna z rozwiązanych drużyn młodzieżowych, której część brała później udział w tych głośnych zamieszkach chuliganów, zakończonych morderstwem. Tego chcemy znowu?

- W Jagiellonii kto gra? - dorzucił jeszcze kolega Budźki. - Wychowanków z Białegostoku się tępi, by opowiadać, że szkolenie jest złe. Zamiast cieszyć się ze współpracy z MOSP-em [Miejskim Ośrodkiem Szkolenia Piłkarskiego - red.], który wyręcza Jagiellonię, opowiada się o nim niestworzone rzeczy. Pewnie po to tylko, by przejąć jego boiska i postawić tam jakieś bloki. Wystarczy spojrzeć co teraz mamy na Jurowieckiej, gdzie kiedyś swoją bazę miała Jagiellonia [miejsce, gdzie klub postanowił stawiać galerię handlową, leży odłogiem - red.].

W sumie, kogo by nie zapytać podczas meczu przy ul. Elewatorskiej, mówił to samo. Najwyżej w innym tonie.

- Po 20 latach sędziowania, przyzwyczaiłem się już do takich warunków w Białymstoku - stwierdził sędzia Sarosiek. - Oczywiście, że chciałbym pracować w lepszych okolicznościach, ale nie wiem, czy to możliwe, bo generalnie będziemy mieć jeden wspaniały stadion i nic więcej. Szkoda, że w pogoni za ekstraklasą zapomnieliśmy, że prócz tych kilkunastu graczy i kilku tysięcy kibiców przy Słonecznej, jest cała masa ludzi, którzy chodziliby na inne widowiska piłkarskie. Nie dlatego, że nie są kibicami Jagiellonii, tylko sami grali bądź grają gdzieś indziej, kimś innym też się interesują. Niestety, dla pozostałych drużyn nie ma miejsca w Białymstoku.

Tak źle jeszcze nie mieli

- Mi chyba najbardziej wypada to mówić, bo sam byłem jagiellończykiem - powiedział w końcu "Gazecie" Jacek Bayer, jeden z najlepszych napastników w historii Jagiellonii; król strzelców II ligi w sezonie, w którym białostoczanie wywalczyli spektakularny awans; pierwszy reprezentant Polski wprost z Jagiellonii... - Przecież Jagiellonia była w Białymstoku zawsze, ale tak źle inni tu nie mieli - przekonywał. - Najlepiej chyba dla naszych urzędników byłoby, gdyby nas w ogóle nie było. Nie mamy gdzie trenować, warunki są spartańskie. Zresztą dla Piasta i tak jest nie najgorzej, proszę mi uwierzyć, chociaż wiem, że patrząc wokół jest ciężko. My mamy tyle, dzięki uprzejmości władz MOSiR-u. Inni nie mają już nic.

O tym było głośno. W latach 80. na punkcie Jagiellonii Białystok kibice kompletnie zwariowali



Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji z roku na rok użycza Piastowi swojej działki przy Elewatorskiej.

- Na własny koszt przeprowadzamy nawet prace pielęgnacyjne na boisku, więc nie można powiedzieć, że nic nie robimy - wyjaśniał Adam Popławski, dyrektor MOSiR-u. - Więcej pieniędzy nie możemy tam wykładać, bo skoro planowana w tym miejscu jest większa inwestycja, byłoby to wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

Kiedyś Piast posiadał teren w dłuższym użytkowaniu.

- Jak to brali od miasta, to opowiadali, że zbudują stadion i nic więcej do szczęścia nie potrzebują - nieoficjalnie można usłyszeć w magistracie, kiedy powie się o pretensjach ze strony klubu.

Jacek Bayer nie ma wątpliwości, że bez większej pomocy miasta, stowarzyszenia sportowe upadną.

- Przecież nie tylko Hetman musiał się wynieść ze Słonecznej, ale także Włókniarz ze swoich terenów przy Antoniukowskiej, gdzie teraz stoją bloki - kontynuował trener Piasta. - Wokół słyszę coś o budowie "orlików", a na nie ciężko się wbić. Mamy problem nawet z dziećmi, tylko po znajomości dwa razy w tygodniu ćwiczymy na takim boisku. Jak to jest, że Łapy z dużo większymi problemami gospodarczymi stać na III ligę, a Białegostoku nie? Czy my, czy Hetman moglibyśmy śmiało tam rywalizować, tylko ze wsparciem miasta. Białostoczanie przychodziliby nas oglądać, bo Jagiellonia gra raz na dwa tygodnie. Nie wszystko kręci się wokół wyczynu, uprawianego w Jagiellonii, gdzie grają najlepsi, ale dla wychowanków coraz mniej miejsca. Co mają robić chłopcy stąd? Niech trenuję u nas, zamiast po parkach chodzić i nie wiadomo co robić.

Jacek Bayer Jagiellonię ogląda tylko w telewizji. Przekonywał, że nie ma czasu i sił chodzić na stadion, jednak ożywił się trochę zapytany, czy w ogóle ma wejściówkę na mecze klubu, którego był prawdziwą gwiazdą.

- Teraz coś ruszyło w tej kwestii. Ostatnio miałem taką rozmowę, chcą współpracować z byłymi jagiellończykami - opowiadał trochę cieplej. - To dobrze. Jagiellonia też ma swoje problemy, jej piłkarze jeżdżą gdzieś do jakichś Pogorzałek trenować. Przecież to nie jest żadne ułatwienie, niech nikt nie opowiada. Serce się kraje, bo Jurowiecka leży odłogiem, Hetman i Włókniarz są na bruku. Zamiast więcej boisk w Białymstoku, z roku na rok jest ich mniej.

Elewatorska nie jest antidotum

Byłe boiska Jagiellonii przy Jurowieckiej klub postanowił poświęcić na galerię handlową, która nie powstaje i nie wiadomo, czy kiedykolwiek powstanie. Włókniarz z powodu rosnącego zadłużenia swoje tereny sportowe przy Antoniukowskiej odsprzedał deweloperowi pod bloki. W klubie mieszczącym się gościnnie w kontenerach przy sypiącej się tam jeszcze hali, twierdzą, że chcą stworzyć nową bazę sportową, ale oczekują gruntów od magistratu. Hetman, który zarządzał kompleksem należącym do skarbu państwa (policji) przy Słonecznej, musiał przekazać go miastu pod budowę nowoczesnego stadionu. W zamian otrzymał zgodę na prowadzenie dalszej działalności bazarowej przy Kawaleryjskiej, na czym klubowi zależało najbardziej, a także obietnicę korzystania z zaplecza treningowego, które miało powstać przy Elewatorskiej - również na potrzeby Piasta, stacjonującego tu (w miejsce Kolejowego Klubu Sportowego "Ognisko") niemal od powstania w 1997 r.

W tym największy problem, że przy Elewatorskiej, od momentu złożenia obietnic, jest tylko gorzej. I Piast, i Hetman dostał tylko od urzędników do obejrzenia projekty, powstające razem z planami rozbudowy stadionu pod potrzeby Jagiellonii. Obie inwestycje miały być integralne, prowadzone razem. Kiedy pierwsze szacunki kosztów budowy obiektu przy Słonecznej przekroczyły 300 mln zł, prace nad zapleczem treningowym wstrzymano do odwołania. Do pomysłu wrócono, ale już nie tak dynamicznie, w momencie przetargu na wykonawcę stadionu, bo rozstrzygnięto go za jedyne 127 mln zł netto.

Teraz jednak nie wiadomo, czy przy Elewatorskiej w ogóle opłaca się budować boiska, bo pewne analizy geologiczne wskazują na to, że gdzie indziej może być dużo taniej.

- Temat tej budowy nie został wcale wycięty z realizacji - stwierdził krótko Popławski. - W ciągu miesiąca, dwóch powinna się wyjaśnić pewna kwestia projektowa, po czym przedstawimy całość prezydentowi po to, by podjął decyzje. Myślę, że w tym roku powinno się okazać co dalej. Ja tylko chciałem zwrócić uwagę na to, że w planach jest budowa jednego boiska z murawą naturalną i dwóch sztucznych. Myślę, że to i tak mało na potrzeby Hetmana i Piasta. Jeśli planują tu codziennie trenować i jeszcze rozgrywać wszystkie mecze, mogą już o tym zapomnieć. Jagiellonia przy Słonecznej też trenuje rzadko. Tu nie będzie antidotum na piłkę nożną w tych klubach.

- Kiedy przekazywaliśmy nasz stadion przy Słonecznej miastu, mieliśmy zapewnienia, że w zamian zostaniemy umieszczeni przy Elewatorskiej, ale nic z tego nie mamy. Poczuliśmy się oszukani - nie kryła Aniela Kotowicz, dyrektorka Hetmana. - Wystąpiliśmy więc o wskazanie nam terenu pod budowę boisk, których bardzo potrzebujemy dla naszych drużyn, i czekamy.

Po raz pierwszy Hetman zwrócił się do magistratu z prośbą o przekazanie ziemi pod boiska w poprzednim roku. Nie zaakceptował żadnej z trzech przedstawionych lokalizacji (m.in. przy ul. 27 lipca i Ciołkowskiego). Nie wiadomo też, skąd weźmie środki na boiska.

- Mamy zapewnienie z pewnych źródeł, że jak będziemy mieli lokalizację, to środki się znajdą. Więc czekamy - powtórzyła Kotowicz. Co przeszkadzało dotychczas? - Linie energetyczne i tereny prywatne, które kolidowały z naszymi planami.

Więcej o: