To musiało się tak skończyć. Siedem lat błędów i w końcu spadek siatkarek AZS-u Białystok z ekstraklasy

Siedem lat trwała przygoda AZS-u Białystok z ekstraklasą. Chociaż słowo ?przygoda? jest raczej nie na miejscu, gdyż kojarzy się z czymś przyjemnym. Było to więc przede wszystkim siedem lat problemów finansowych i organizacyjnych oraz mnóstwo kompromitacji ze strony działaczy
Informacje o sporcie w województwie podlaskim tylko na Facebooku bialystok.sport.pl

Gdy przed sezonem 2006/2007 włodarze drużyny z Białegostoku postanowili odkupić od Dalinu Myślenice (za około 125 tys. zł) miejsce w krajowej elicie, nie brakowało głosów, że kupiony awans nie może przynieść niczego dobrego. Szybko stało się to faktem.

Działacze szybko ściągnęli do drużyny zawodniczki o uznanej już marce (m.in. Marta Pluta, Elżbieta Skowrońska, Sylwia Pycia, Dominika Koczorowska) i zaczęli marzyć o medalach. Po chwili okazało się jednak, że w ich posunięciach trudno doszukać się jakiejś logiki. Pierwsza zaskakująca decyzja zapadła jeszcze przed startem sezonu. Po słabych wynikach w rozgrywkach Pucharu Polski posadę stracił Czesław Tobolski. Jego miejsce zajął Marian Kardas. Potem kompromitujących posunięć działaczy było coraz więcej.

Siatkarki przegrywały mecz za meczem i ostatecznie o pozostanie w lidze musiały rywalizować w barażach, co później stało się już w zasadzie normą. Do tych spotkań zespół przygotowywał się pod wodzą dwóch szkoleniowców Marina Kardasa oraz... Czesława Tobolskiego. Ostatecznie drużyna utrzymała się w lidze, a był to początek kłopotów. Działacze bujali nadal w obłokach, a zapomnieli o tym, że nie należy tylko wymagać, ale też wywiązywać się ze zobowiązań finansowych. Przez kolejne lata ciągnęła się więc za białostockim klubem opinia, jak najbardziej uzasadniona, że jedyne, co pewne w AZS-ie, to problemy finansowe.

Przed kolejnym sezonem włodarze klubu wpadli na kolejny "rewelacyjny" pomysł. Postanowili, że trenerem zespołu zostanie Brazylijczyk Osmar Pohl, który wcześniej prowadził co najwyżej drużyny akademickie, a do Białegostoku przywiózł trzy swe rodaczki. Pomysł okazał się kompletnym niewypałem i, to już chyba tradycja, przed rozpoczęciem ligi Brazylijczyka zastąpił... Czesław Tobolski. Ten trener też jednak nie dotrwał do końca rozgrywek. Już po czterech kolejkach został zmieniony, a zastąpił do Dariusz Luks. Nowy szkoleniowiec szybko gry drużyny nie odmienił i ponownie AZS o pozostanie w lidze grał w barażach.

Kolejny sezon, czyli 2008/2009, był najlepszy w historii klubu. Białostoczanki o pozostanie w lidze nie musiały grać w barażach, ostatecznie uplasowały się na siódmej pozycji. To nie oznacza, że było różowo. Kontrakty zostały wywindowane do sporych rozmiarów, oczywiście ponad klubowy budżet, i zaległości finansowe tylko się nawarstwiały. Co więcej po rozgrywkach pożegnano się też ze szkoleniowcem. Dariusza Luksa miał zastąpić Alojzy Świderek. Właśnie w słowie "miał" jest cały problem. Gdyż szkoleniowcem drużyny został... Albin Mojsa. Co się stało potem? Tradycyjnie przed sezonem doszło do kolejnej zmiany trenera. Siatkarki uskarżały się m.in. na metody treningowe Mojsy i zespół objął Wiesław Czaja. Pod jego wodzą AZS zajął ponownie siódme miejsce w ekstraklasie.

Przed kolejnymi rozgrywkami było, jak na warunki białostockie, spokojnie. Przede wszystkim nie było żadnych zawirowań z trenerem. Zespół nadal prowadził Wiesław Czaja i pod jego wodzą drużyna rozegrała cały sezon. O pozostanie w lidze grała w barażach.

Sezon 2011/2012 to kolejna zmiana szkoleniowca. Wiesław Czaja oświadczył, że prezes klubu podważa jego kompetencje i było jasne, że trener długo na stanowisku nie zostanie. Jego następcą miał zostać Jerzy Matlak, a skończyło się na Czesławie Tobolski, który kolejny raz zdecydował się pomóc drużynie. Pod jego wodzą AZS utrzymał się w lidze po barażach.

Przed ostatnim sezonem oczywiście w ekipie z Białegostoku nie obyło się bez kadrowej rewolucji. Początkowo wszystko wskazywało na to, że być może w AZS-ie będzie normalność. Co prawda włodarzy klubu ponownie poniosła fantazja i postanowili przyjąć propozycję gry w europejskich pucharach, ale przede wszystkim wydawało się, że nastąpi oglądanie każdej złotówki i spokojne szafowanie środkami. Skompletowano bowiem zespół złożony przede wszystkim z młodych zawodniczek, którym zależało zwłaszcza na promocji, a nie na finansach.

To co stało się potem trudno nawet opisać. Kłopoty finansowe się nawarstwiały, prezesie zmieniali się raz za razem, siatkarki uciekały z drużyny, bo miały dość całej sytuacji. Jak wszystko się skończyło? W niedzielę siatkarki AZS-u po raz czwarty przegrały z zespołem z Legionowa, a to oznaczało, że spadły z ekstraklasy. Niewykluczone, że jest to w ogóle koniec białostockiego klubu.

Więcej informacji na bialystok.sport.pl