Na starcie szybszy od Kamila Grosickiego

Chciałbym zdobyć mistrzostwo Polski z Jagiellonią, tylko, żeby wcześniej stadion w Białymstoku zbudowano. Zagrać przy 22 tysiącach widzów. Jakby ryknęli, biegałbym dziesięć razy szybciej, unosiłbym się ponad boiskiem - Maciej Makuszewski uśmiechając się od ucha do ucha opowiada bialystok.sport.pl o swojej dotychczasowej przygodzie z piłką.
PAWEŁ ORPIK: W połowie wtorkowego treningu, przed gierką, trener kazał ci iść do szatni. Teraz nic innego nie robisz, tylko wywiadów udzielasz?

MACIEJ MAKUSZEWSKI, OFENSYWNY PIŁKARZ JAGIELLONII: - Nie wiem, dlaczego trener mnie puścił. Może dlatego, że grałem dużo i chce bym odpoczął. Za nami ciężki mecz z Lechem w sobotę, a w piątek gramy z Widzewem. Ja chciałbym uczestniczyć w takiej gierce.

Dużo rozmów ostatnio z dziennikarzami odbyłeś? Jeszcze odbierasz telefony?

- Na razie nic złego się nie wydarzyło, więc odbieram. Kilka telefonów było, ale nie ma co popadać w samozachwyt. Mecz z Lechem to tylko jeden mecz. W każdym trzeba udowadniać, że jest się faktycznie w dobrej dyspozycji. Trzeba cały czas pracować nad sobą.

W twoim przypadku nie jeden dobry mecz, ale cała ta runda jest dużo lepsza niż poprzednie.

- Mówiłem już wcześniej, że jak się dostaje szanse do gry, to wiadomo, że jest dodatkowy zastrzyk energii, ochoty do piłki. Jak człowiek jest odsyłany na trybuny, nie gra, to podłamuje się. Wtedy praca nie wygląda tak, jak każdy by sobie tego życzył. Jak ma się okazje do występów, to ciężko się pracuje, widzi się tego efekty, to cały czas ta ochota rośnie.

W tym ostatnim meczu dochodziła może 80. minuta, kiedy miałem wrażenie, że już masz dość. Trener jednak cały czas poganiał cię, żebyś jeszcze biegał, no i przeprowadziłeś na koniec dwa efektowne rajdy, z których jeden Grzegorz Rasiak wykorzystał. Skąd wziąłeś na to siły?

- Cała drużyna zostawiła na boisku mnóstwo zdrowia, staraliśmy się walczyć o każdy metr boiska. W drugiej połowie odczuwałem trudy meczu, bo musiałem też pracować w defensywie. U nas nikt nie jest zwolniony z gry obronnej. Trzeba całą drużyną bronić, a do tego w ofensywie starałem się zrobić trochę więcej miejsca dla Tomka Frankowskiego i innych partnerów. Trener każdego dodatkowo motywuje i potrafi wyzwolić nasze rezerwy. W końcówce jak widać znalazłem jeszcze dodatkową energię.

We wrześniu skończysz 23 lata. Jak słyszysz, że Makuszewski to młody, obiecujący zawodnik, to co myślisz?

- Młody i obiecujący byłem prawie dwa lata temu, jak przychodziłem do Jagiellonii.

Te dwa lata to był dla ciebie czas zmarnowany?

- Aż tak bym tego nie określał, ale nie tak sobie to wyobrażałem, jak przychodziłem do Jagiellonii. Były trudne momenty, ale wiadomo, że w życiu nie ma łatwo, były też chwile radości. Sporo się tutaj nauczyłem, przecież Tomasz Hajto to już trzeci mój trener w Białymstoku. Dwaj poprzedni na pewno czegoś mnie nauczyli. Nie były to lata zmarnowane, ale mam prawo sądzić, że gdybym wcześniej zaczął grać częściej, to byłbym już teraz troszeczkę lepszym piłkarzem.

Czyli jesteś lepszym zawodnikiem od tego, który przychodził do Jagiellonii przed poprzednim sezonem?

- Na pewno. Nawet trenować z tymi zawodnikami, którzy tu są, to jest duże wyróżnienie. Tutaj umiejętności można każdego dnia poprawiać. Na pewno tak robiłem.

To dobrze, że nie udało ci się zimą odejść do Widzewa Łódź?

- Z perspektywy czasu jak najbardziej. Tu nie chodziło o to, że byłem do kogoś źle nastawiony w Białymstoku - do klubu, do jakiejś osoby. Chciałem grać w piłkę, a tutaj było tego mało, ostatnia runda była dla mnie bardzo ciężka. Miałem szansę grać w innym klubie, ale zmienił się trener w Jagiellonii i zmieniła się moja sytuacja w drużynie. Były rozmowy z trenerem Tomaszem Hajtą, z prezesem Cezarym Kuleszą, żebym poczekał, pojechał na jeden, drugi obóz z Jagiellonią i wtedy się przekonam. Z perspektywy czasu każdy powie, że to dobra decyzja, że zostałem, bo trener Hajto na mnie stawia i - nie ma co się oszukiwać - jakoś inaczej do mnie podchodzi. Ale ciężko pracowałem na swoje miejsce w zespole. Niczego nie dostałem za darmo.

Do tego pozostania to jednak zostałeś przymuszony, nie ma co tego ukrywać.

- Na pewno delikatny udział prezesa w tym był, ale on wierzył we mnie cały czas. Nawet jak nie grałem wcześniej meczów, to dzwonił do mnie i mówił: - Maciek, spokojnie, głowa do góry, przyjdzie taki moment, że na pewno dostaniesz szansę i będziesz grał. No i ostatnio prezes mi powiedział: - Widzisz, mówiłem, że będzie dobrze. Mam nadzieję, że tak cały czas do przodu będzie szło.

W piątek gracie z Widzewem, gdzie byłeś już zimą jedną nogą. Tak więc od ręki możesz dokonać analizy przeciwnika.

- Bez przesady. Widzew zmienił trochę kadrę od momentu, kiedy byłem tam przymierzany. Zresztą w końcu tam nie przeszedłem, więc nie mogę nic tutaj opiniować. Znam tak samo drużynę Widzewa, jak nasz trener.

Tylko trenera Radosława Mroczowskiego z Widzewa znasz dobrze?

- Kilku zawodników też. Ale lepiej znałem się z Piotrkiem Grzelczakiem, Bartkiem Kanieckim, których w Widzewie już nie ma. To będzie dla mnie naprawdę mecz jak każdy inny. Chociaż zagram przeciwko trenerowi, który bardzo mocno chciał mnie sprowadzić do Widzewa. Chcę się pokazać z jak najlepszej strony, także dlatego, żeby pokazać, że Jagiellonia to mój klub i tu chcę wygrywać.

W meczu z Widzewem musicie potwierdzić, że zwycięstwo z Lechem to nie był przypadek.

- Rozmawialiśmy z piłkarzami o tym, że teraz wszyscy zaczną nas postrzegać przez pryzmat tego meczu z Lechem Poznań. Spokojnie, bo ciężko pracujemy i wiedzieliśmy, że przyjdzie taki moment, wygramy w dobrym stylu spotkanie, myślę, że tak było. Na pewno każdy będzie od nas wymagał więcej, bo poprzeczkę zawiesiliśmy sobie wysoko. Ja też stawiam sobie wyższe cele, gdyż nie mogę być do końca zadowolony z występu z Lechem. W niektórych sytuacjach mogłem zachować się lepiej - oddać lepszy strzał, czy podać dokładniej. Ale myślę, że dobrze to wyglądało. Takie mecze mnie budują, mogłem pomóc drużynie i jakiś wkład w to zwycięstwo miałem. Czekam na następny mecz.

Możesz opowiedzieć jak rozwijała się twoja przygoda z piłką nożną?

- Zaczynałem z kolegami w Szczuczynie. W takich miejscowościach sekcji młodzieżowych w klubach jest tyle, by starczyło do spełnienia warunków na którąś tam ligę. Ale moja klasa z podstawówki była niezła, graliśmy w finale wojewódzkim turnieju coca-coli w Białymstoku. Powstał pomysł, by właśnie z nas stworzyć jedną z drużyn dzieciaków. Rozegrałem w Szczuczynie może z dwa sezony. Wtedy znalazł się chyba jakiś sponsor, bo mogliśmy pojechać na obóz. Mieliśmy po dziesięć lat, to było wielkie przeżycie, niektórych rodzice nie chcieli nawet puścić. Akurat w tym samym miejscu trenowały zespoły Szkoły Mistrzostwa Sportowego z Łodzi. Graliśmy z nimi mini turniej, strzeliłem sporo bramek i spodobałem się trenerom.

Mroczkowskiemu właśnie?

- Nie, to była starsza od nas o rok, dwa grupa chłopaków z SMS-u. Dopiero jak przeniosłem się do Łodzi, tam miałem dwóch wychowawców - jednego od szkoły i drugiego od piłki nożnej. Trener Mroczkowski prowadził mnie przez cztery lata, od pierwszej klasy gimnazjum. Trafiłem do Łodzi jak miałem 13 lat.

Rodzice bez problemu cię puścili?

- Problem był duży. Początkowo nie brałem w ogóle tego poważnie. Jestem z małej miejscowości, takie rzeczy się nie dzieją - myślałem, a trenerzy z Łodzi tylko wzięli ode mnie numer telefonu. Ale zadzwonili do rodziców i bardzo namawiali, byśmy przyjechali zobaczyć jakie są warunki. Wybraliśmy się całą rodziną, rodzice byli trochę przerażeni, że wyjadę tak daleko od domu. 13 lat skończyłem przecież już w SMS-ie we wrześniu. Tata powiedział wprost: - Maciek, twoja decyzja. Jeżeli chcesz ja pomogę, nie będziemy stawać ci na przeszkodzie. Zdecydowałem się spróbować, bo do domu zawsze można wrócić. Początki były trudne. Miesiąc - dwa, jak dziecko, byłem zadowolony, huraoptymizm. Później trochę atmosfera się zmieniła, trzeba było wziąć się do nauki, a z bursy do szkoły mieliśmy trochę daleko. Treningi, wracaliśmy późno, człowiek był zmęczony, zaczęła się tęsknota za domem, łzy, długie rozmowy z rodzicami, zostać czy wracać. Ale przetrwałem trudne momenty.

Początkowo nie wiodło mi się najlepiej. Była duża selekcja - cztery klasy sportowe w moim roczniku, w sumie stu zawodników. Niby byłem w najlepszej klasie zawodników, ale nie grałem w podstawowym składzie. Dzięki ciężkiej pracy robiłem postępy. Już wiosną, jeszcze w pierwszej klasie gimnazjum, zacząłem dobrze grać. Jako napastnik w pierwszym meczu strzeliłem dwie bramki. Trener Mroczkowski przekonał się, że warto na mnie stawiać i po jakimś czasie grałem już w reprezentacji regionu, na co w Białymstoku nie miałem szans. Kiedyś na konsultację szkoleniową, prowadzoną przez trenera Sławomira Kopczewskiego, mnie i kolegę przywiózł pan od wuefu. My z małej miejscowości, zbieraliśmy się pokopać piłkę z trzy razy w tygodniu, a w tej reprezentacji byli chłopcy z Hetmana, którzy ćwiczyli codziennie. W Łodzi wszystko szło w dobrym kierunku. W ostatnim swoim roku w SMS-ie, jako zawodnik młodszego rocznika - 1989 - byłem kapitanem juniorów starszych, którzy zajęli trzecie miejsce w Polsce. Grał ze mną choćby Mateusz Cetnarski ze Śląska Wrocław.

Mogłem tam zostać. Z wyróżniających się juniorów do drużyny III-ligowej przeszedłem tylko ja i Karol Drągowski, który później też trafił do Wigier Suwałki. Kilku innych zawodników się rozjechało, jak wspomniany Mateusz, który trafił do Bełchatowa. Dyrektorem SMS jest trener Mirosław Dawidowski, a z nim łatwo nie miałem. Nie przepadał za takimi piłkarzami jak ja. Stawiał na zawodników, którzy ciężko pracują w defensywie, a ja nigdy taki nie byłem. Poprosiłem go o rozmowę, bo już byłem zdenerwowany tym, że nie gram w III lidze, a ciężko pracuję. Powiedział mi, że jestem jak Łukasz Madej - gram tylko do przodu, nic do tylu. Powiedział: - Będziesz u mnie wchodził najwyżej w drugiej połowie, jak będzie potrzeba zmienić coś ofensywie. Mi się to nie podobało, a w tym wieku byłem trochę porywczy, rwałem się do grania. Chciałem iść do filii SMS-u w Bałuczu, który drużynę ma w IV lidze i grali w niej właśnie juniorzy. Wtedy jednak do Łodzi na drugą rundę sezonu trafił Piotrek Klepczarek. Porozmawiał o mnie z trenerem i wziął mnie pod swoje skrzydła. Pracowałem z nim indywidualnie, pilnował mnie, byśmy robili wszystko starannie. Mogłem iść do Młodej Ekstraklasy w Bełchatowie, ale już za bardzo nie chciałem.

Do Wigier Suwałki z SMS-u wcześniej poszedł Andrzej Niewulis, już w III lidze graliśmy ze sobą. Wigry awansowały do II ligi i Andrzej zadzwonił, że wpadłem trenerowi w oko, jak chcę, to mnie wezmą. Pomyślałem, że zawsze to bliżej domu, wyrwę się z SMS-u, gdzie nie dostawaliśmy pieniędzy. Pozostawałem na utrzymaniu rodziców, a to nie było przyjemne, jak w wieku 18 lat musiałem dzwonić do taty po 200 zł, żeby mieć na życie. Poszedłem do Wigier i to był bardzo dobry ruch. Tam zacząłem grać na niezłym poziomie, trener na mnie postawił. Zrobiłem bardzo duży postęp, bo grałem na różnych pozycjach w ofensywie. Trener Zbigniew Kaczmarek nauczył mnie też odpowiedniego podejścia do piłki, zawdzięczam mu bardzo dużo, jesteśmy w stałym kontakcie. Wpoił mi podstawową zasadę - praca, praca, a na pewno coś osiągniesz. Głowa nie może się grzać, a przyjdzie moment, kiedy będziesz zadowolony.

Nim trafiłem do Jagiellonii, byłem na testach w Ajaccio - w II lidze francuskiej (teraz grają w Ligue 1). Tam z kolei wpadłem w oko trenerowi Olivierowi Pantaloniemu. Byłem dziesięć dni, grałem sparing z Olympique Marsylia. Byłem przekonany do tego transferu, bo trenując z tak dobrymi zawodnikami, jak tam, nawet nie grając, wracałbym do Polski jako dużo lepszy piłkarz. Chciałem spróbować, ale wtedy właśnie mieli zakaz transferowy w klubie i temat upadł.

Po drugim sezonie w Suwałkach miałem konkretną propozycję z Arki Gdynia. Ustalaliśmy szczegóły kontraktu, ale warunki nie były zadowalające. Arka proponowała kontrakt juniorski, w Wigrach miałem niewiele niższy, a spokojnie mogłem grać i walczyć o awans do I ligi. Musiałbym wyjechać znowu daleko od domu, gdzie życie jest znacznie droższe niż w Suwałkach. W Białymstoku zarabiam teraz takie same pieniądze, jakie miałbym w Arce, ale mogę spokojnie żyć. Nie myślę, czy starczy mi do końca miesiąca. Wtedy zadzwonił prezes Kulesza, był konkretny, powiedział, że bardzo chce, abym przyszedł. Rodzice byli uradowani. Jagiellonia z trenerem Michałem Probierzem wywalczyła Puchar Polski. Przed drużyną była gra w europejskich pucharach, a to każdego zawodnika bardziej motywuje, niż przejście do drużyny, która miała walczyć o utrzymanie w ekstraklasie. Wybór był prosty, wybrałem Jagiellonię. Nie ma co teraz opowiadać, czy żałuję, czy nie. Nauczyłem się w Białymstoku sporo przez ten czas. Cieszę się, że przetrwałem złe momenty, ale były też dobre, a teraz mogę grać i pomagać tej drużynie. Każda bramka, każde zwycięstwo sprawiają, że serce rośnie. Mam wielu znajomych w Białymstoku, wielu z mojej miejscowości kibicuje Jagiellonii. Wszyscy są dumni i cieszę się z tego.

Od początku gry w piłkę to szybkość była twoim atutem?

- Tak.

Spotkałeś się kiedyś z szybszym zawodnikiem?

- (uśmiech nie schodzi już z buzi Makuszewskiego do końca rozmowy) Ciężko tak oceniać. Widziałem wielu szybkich zawodników. Nie można powiedzieć, że ja jestem nie wiadomo jak szybki. Ja tak tego nie odczuwam.

W podstawówce jeździłeś na zawody biegowe i wygrywałeś?

- Nigdy nie byłem wytrzymałościowcem, więc na przełajach byłem gdzieś blisko czołówki, z tym że na pierwszych metrach na pewno nie było szybszego ode mnie. Wtedy nie myślało się przecież o oszczędzaniu sił, tylko pruło się do przodu przez 200 m, a później biegło się dalej już byle do mety. Nie czuję, że jestem aż tak szybki, jak wszyscy to mówią wokół.

Na pewno robicie testy szybkościowe w zespole. Kto jest najszybszy?

- Byłem w czołówce.

Najszybszy?

- Byłem pierwszy, ale Tomek Kupisz jest bardzo szybki, wcześniej był Kamil Grosicki.

Kto szybszy - szczerze - ty czy Kamil?

- Może minimalnie byłem szybszy na starcie, ale Kamil na dystansie jest jeszcze lepszy. Ma kapitalną szybkość, z pojedynkami biegowymi nie ma problemów.

To też twój największy atut.

- Myślę, że jeszcze tego nie pokazałem, ale technicznie jestem nieźle wyszkolony, jak na tak szybkiego zawodnika. Przeważnie zawodnicy bazujący na bieganiu, nie mają techniki. Ja nie tylko umiem przyjąć i podać piłkę, ale jeszcze wszystkiego nie pokazałem. Z czasem się uda.

Jakie masz braki, nad czym powinieneś popracować?

- Przydałby się dokładniejszy strzał. Oglądałem nasz ostatni mecz i usłyszałem, że mam słabszy strzał, a przecież ładną bramkę z Polonią w poprzedniej kolejce strzeliłem. Myślę, że uderzenie mam niezłe, ale jest potencjał, bym robił to lepiej. Nad lewą, prawą nogą muszę pracować - strzały, dośrodkowania. Są, ale mogłyby być wyższych lotów. Gra głową jest do poprawy, bo chociaż jestem niskim zawodnikiem, ale jednak skocznym.

Kontrakt w Jagiellonii wiąże cię do...?

- Czerwca 2014 r.

Są jakieś rozmowy na temat jego renegocjacji? Nie zarabiasz najwięcej w klubie.

- Jestem wśród najmniej zarabiających, ale o tym teraz nie myślę. Cieszę się tym, że gram, drużyna prezentuje się nieźle, mamy trenera, który pasuje mi wiadomo z jakich względów - bo na mnie stawia. Każdy powie, że trener się nie podoba, jeśli nie gra. Ja nie mówiłem, że trener Probierz jest taki, a Michniewicz taki. Starałem się robić swoje, a byłem niezadowolony, bo nie grałem. Gdybym dalej był w Białymstoku w planach trenera i klub wiązałby ze mną przyszłość, to z podpisaniem nowego kontraktu nie byłoby dużego problemu.

Twoje marzenia piłkarskie?

- Przede wszystkim chciałbym zdobyć mistrzostwo Polski z Jagiellonią, tylko, żeby wcześniej stadion zbudowano w Białymstoku. Kontrakt mam do 2014 r., nie wiem czy zdążą. Chciałbym zagrać przy 22 tysiącach widzów. Biegałbym dziesięć razy szybciej, unosiłbym się ponad boiskiem, jakby ryknęli. Teraz przychodzi na nasze mecze po cztery tysiące i jest fajna atmosfera. Nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie na nowym stadionie. Chciałbym dać dużo radości temu miastu, tej części Polsce. Po mistrzostwie dopiero moglibyśmy się pocieszyć - z dwa tygodnie bez muzyki byśmy tańczyli. Wiadomo jak kapitalna atmosfera była tutaj po zdobyciu Pucharu Polski, ale wtedy mnie tutaj nie było, czego żałuję. Ale mam nadzieję, że jeszcze sporo przed nami. Przyszłość może przynieść nam wiele dobrego, bo mamy młodą drużynę. Borussia Dortmund też ma młodą.

Naprawdę potrafisz uwierzyć w mistrzostwo z Jagiellonią?

- Przecież co tydzień widać, że w tej lidze każda drużyna może wygrać z każdą. Brakuje realnego faworyta, może teraz troszeczkę Legia się wykreowała na takiego. Tak więc my również przy stabilnej formie przez cały sezon wszystkich zawodników, gdyby nas omijały kontuzje, to myślę, że moglibyśmy w przyszłym sezonie, a może w kolejnym powalczyć o mistrzostwo Polski.