- To dla mnie dobra nauka - mówi Tomasz Porębski. I bolesna

Kiedy Thiago Cionek wraz z kolegami z Jagiellonii cieszył się z boku boiska z bramki na 2:1, środkiem placu gry, z pochyloną głową, w stronę własnego pola karnego wolnym krokiem szedł samotnie Tomasz Porębski. Białostocki obrońca długo przeżywał błąd, po którym Widzew wyrównał wynik spotkania
Trener Tomasz Hajto nie mógł przekonać się do 20-letniego, rosłego wychowanka Miejskiego Ośrodka Szkolenia Piłkarskiego w Białymstoku, który już jesienią zastępował w podstawowym składzie Jagiellonii Andriusa Skerlę. Po nieudanym pierwszym meczu w Chorzowie (gdzie nie wytrzymał fizycznie trudów walki), z każdym kolejnym występem spisywał się lepiej, dobrze. Po zimowych sparingach nowy szkoleniowiec Jagi do gry na środku bloku defensywnego obok Thiago Cionka wytypował jednak Lukę Gusicia, którego sam ściągnął do drużyny. Starszy o dwa lata od Porębskiego Chorwat popełniał straszne błędy. M.in. przez to w czterech meczach od przerwy w rozgrywkach żółto-czerwoni dopisali do dorobku ledwie punkt po bezbramkowym remisie na stadionie Cracovii (jedną nogą będącej już w I lidze). Warto wspomnieć, że w Krakowie nie mógł zagrać Cionek, więc parę stoperów tworzyli tam Gusić z Porębskim. Kapitan wciąż aktualnych mistrzów Polski juniorów spisywał się bardzo dobrze, ale przytrafił mu się jeden poważny błąd. Bohaterem meczu został bramkarz Grzegorz Sandomierski, który uratował drużynę z opresji.

Po porażce 1:4 w Warszawie z Polonią, gdzie Gusić miał większy, bądź mniejszy udział przy każdej straconej bramce przez Jagiellonię, Hajto w końcu odsunął go od gry. Mało tego, od razu odesłał go na trybuny... W meczu z Lechem przed tygodniem obok Cionka zagrał już Tomasz Porębski. Białostoczanie nie stracili gola. 20-latek był jednym z bohaterów potyczki. Po weekendzie dziennikarze różnych tytułów umieszczali go w "jedenastce kolejki".

Piątkowe spotkanie z Widzewem Tomasz Porębski zaczął bardzo dobrze. To on w 20. min rywalizacji przejął piłkę na środku boiska i doskonałym podaniem posłał w bój Macieja Makuszewskiego. Hachem Abbes sfaulował szybkiego zawodnika, po czym wyleciał z czerwoną kartką z boiska, a Jaga miała rzut karny. 1:0, gra z przewagą zawodnika, niezła gra - mecz był właściwie przesądzony. Niestety, w 28. min defensywa białostoczan zachowała się tak, jak nie powinna. Cionek podawał do Sandomierskiego, ten do Porębskiego, tez z powrotem, a bramkarz znowu do niego. To był już duży błąd, bo blisko obrońcy przed polem karnym gospodarzy był już Przemysław Oziębała, obok czaił się Mehdi Ben Dhifallah. Porębski chciał odbiec z futbolówką do boku boiska, ale się wywrócił... Pomocnik Widzewa zagrał do napastnika i było 1:1.

- Nie ma co robić tragedii po takim meczu. Dobrze, że ten błąd przydarzył się Porębskiemu w takim momencie - komentował idąc po meczu w stronę szatni drużyn trener Ryszard Karalus (wychowawca Frankowskiego, Citki, Piekarskiego...). - Temu chłopakowi potrzeba bardziej zaufać. Wystarczy spojrzeć na przykład Macieja Makuszewskiego. Kiedy Tomek Hajto postawił na niego, on fruwa nad ziemią.

Porębski po meczu - tak jak obiecał, schodząc z boiska - nie uciekł szybko do domu. Z markotną miną (wciąż wyraźnie przeżywał, mecz), ale odpowiadał na pytania dziennikarzy. Normalne? Taki zawód? Pewnie tak, ale dla przykładu Nika Dzalamidze, który w poprzednim sezonie grał jeszcze w Widzewie, nie chciał rozmawiać ani przed meczem, ani tym bardziej po słabym sobotnim występie. Choć obiecywał, że porozmawia.



Paweł Orpik: Jesteś w stanie pożartować z meczu z Widzewem?

Tomasz Porębski: - Sam nie wiem.

Już w każdym meczu chcesz być bohaterem?

- Negatywnym, czy pozytywnym? Nie wiem sam. W pierwszym praktycznie swoim kontakcie z piłką w dzisiejszym meczu dobrze wyszedłem przed zawodnika Widzewa. Podałem Maćkowi Makuszewskiemu prostopadłą piłkę, wyszedł sam na sam z bramkarzem, obrońca go sfaulował, dostał czerwoną kartkę, a my rzut karny. Dobrze się zaczęło. Później niestety - chwila dekoncentracji, czy nie wiem czego. Niepotrzebna zabawa z Grześkiem Sandomierskim pod swoją bramką. Chciałem zabrać się do boku z piłką, ale się pośliznąłem i ją straciłem, a drużyna straciła bramkę. Ważne, że koledzy wyciągnęli wynik szybko na 2:1. Mój partner z obrony mnie uratował - Thiago Cionek - jeszcze do przerwy, uff. Później, w drugiej połowie rywalizacji już łatwiej się grało. Widzew był już w dziewiątkę, wygraliśmy zasłużenie.

Potrzebujesz pomocy psychologa? Po tym błędzie - do przerwy - miałem wrażenie, że jakby otworzyły się szerzej drzwi na stadion, to pewnie byś przez nie uciekł...

- Po tej bramce trochę w głowie miałem tych myśli... Każdy widział przecież, jak poważny to był błąd. Trudno mi się grało, nie ma co ukrywać. Dobrze, że Thiago strzelił dosyć szybko na 2:1. W przerwie koledzy mnie wspierali, trener również. Tak więc udało się wyjść na drugą połowę w miarę odbudowanym i jakoś to już wyglądało.

Jak Cionek strzelił bramkę, wszyscy białostoczanie się cieszyli, a ty - środkiem boiska, zapatrzony w ziemię, powoli wracałeś w swoje pole karne. Tak nie można, jeszcze nieraz się przewrócisz - nie ma co się oszukiwać.

- Chciałem tylko, żeby ta połowa jak najszybciej się skończyła. Musiałem odpocząć psychicznie. Dziękuję kolegom i trenerom, w przerwie poklepali po plecach, powiedzieli, że nic się nie stało, że wygrywamy 2:1 i podkreślali, że to moja pierwsza akcja dużo dała, bo przeciwnik gra już w dziesiątkę. Cieszę się, że taka jest atmosfera w drużynie.

Po takim meczu coś mocniejszego jest wskazane na sen?

- Weekend mamy wolny, więc można będzie przede wszystkim się uspokoić. Teraz chciałbym obejrzeć te bramki, tą straconą. Wypiję jedno - dwa piwka, na spokojnie. Odpocznę przez weekend i w poniedziałek będę mógł rozpocząć przygotowania do kolejnego meczu z Zagłębiem Lubin. Tam pojedziemy już przesądzić pewne utrzymanie. Trener na każdym kroku powtarza, że nic się nie stało. W Krakowie też zdarzył mi się kiks - Grzesiu mnie uratował. Teraz znowu kiks - można powiedzieć znowu skończyło się dobrze, bo zdarzył się wtedy, kiedy przeciwnik grał już w dziesięciu. Kwestią czasu było to, kiedy strzelimy kolejną bramkę. Cieszę się, że koledzy mnie wyręczyli, strzelili bramki i wygraliśmy.

Widzisz, masz fart, co też jest bardzo ważne i trzeba się cieszyć z wygranej.

- Dla mnie, jako obrońcy, najważniejsza jest gra na zero w tyłach. Błąd mój, czy kogoś innego - to mniej ważne - ja odpowiadam za to, żeby bramek z tylu nie było. Jestem zły na siebie, bo te błędy na każdym kroku trzeba eliminować. Cały czas trzeba być skoncentrowanym, nieważne czy przeciwnik gra w ośmiu, w jedenastu, czy prowadzi się 1:0, czy 5:0. Mogę tylko podkreślić jedno, że to dla mnie dobra nauka i postaram się wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość.