Sport.pl

Euforia trwała chwilę. Jagiellonia zremisowała w Warszawie z Legią

Piłkarze Jagiellonii w końcu zagrali na wyjeździe nie gorzej niż w Białymstoku i mogli sprawić sensację, wygrywając pierwszy raz w historii swoich meczów ligowych w Warszawie z Legią. Cieszą się z remisu, bo w końcówce gospodarze zaczęli walczyć tak jak o tytuł mistrzowski
Tuż przed niedzielnym meczem Legia straciła pozycję lidera ekstraklasy, po tym jak Śląsk Wrocław pokonał 2:1 Zagłębie Lubin. Po remisie z Jagiellonią nadal otwiera ligową tabelę, ale tylko dzięki lepszemu bilansowi bezpośrednich spotkań z najgroźniejszym rywalem. Za liderami ze stratą najwyżej dwóch punktów czają się już trzy kolejne ekipy. Dzięki podopiecznym Tomasza Hajty końcówka sezonu będzie więc dużo ciekawsza. Tym bardziej że już w czwartek białostoczanie zagrają we Wrocławiu. Jeśli znowu nie zaprezentują się gorzej niż wczoraj, utrudnią walkę o najwyższe cele kolejnej drużynie.

- Mamy sporo młodych zawodników w składzie. Życzyłbym więc sobie, żebyśmy w ciągu kilku dni do końca sezonu [w niedzielę u siebie z ŁKS-em Łódź - red.] zagrali trzy dobre spotkania - mówił po spotkaniu jeden z jego bohaterów Tomasz Frankowski.

W 61. min rywalizacji z Legią w Warszawie (która dotychczas siedem razy kończyła się wygraną gospodarzy, a raz tylko bezbramkowym remisem) w sektorze kibiców gości zapanowało szaleństwo. Luka Pejović, nieraz zbierający cięgi za błędy w defensywie, popisał się doskonałym dośrodkowaniem między środkowych obrońców a bramkarza rywali. Do piłki doskoczył kapitan Jagi i umieścił ją w siatce.

- Jeżeli jest idealna centra, napastnik idealnie wbiega na nią, to obrońca wtedy jest spóźniony. A taki napastnik jak Frankowski to wykorzystuje - komentował Michał Żewłakow, jeden ze stoperów Legii.

- Po doskonałym dośrodkowaniu Luki Pejović nie zostało nic, jak tylko umieścić piłkę w siatce - mówił też jeden z najlepszych strzelców w historii ekstraklasy. To już 162. bramka, która zmniejsza dystans dzielący napastnika Jagiellonii do trzeciego w klasyfikacji wszech czasów Gerarda Cieślika. I 15. w tym sezonie.

Dobrze, że właściciele białostockiej drużyny w końcu zaproponowali Tomaszowi Frankowskiemu przedłużenie kontraktu na kolejny sezon. A on, schodząc wczoraj zadowolony z boiska, na pytanie, czy zgodzi się na propozycję, stwierdził: - Chyba tak.

Jagiellończycy w pełni zasłużyli na to prowadzenie. Gdyby zachowali więcej zimnej krwi na początku meczu, otworzyliby wynik dużo szybciej. Dobre okazje bramkowe popsuli Maciej Makuszewski i Frankowski.

Goście grali nieporównywalnie lepiej niż podczas zdecydowanej większości swoich wyjazdów, nie tylko do Warszawy. Ale trzeba też podkreślić, że stołeczna drużyna w niczym nie przypominała tej z Kielc, gdzie we wtorek zdobyła Puchar Polski. Mimo że trener gospodarzy Maciej Skorża wystawił do gry identyczny skład.

- Kluczowe pytanie jest takie, jak przełożyć formę z pucharu na ligę - zastanawiał się Skorża. - Gdybyśmy trzy ostatnie spotkania zagrali tak jak w Kielcach, bylibyśmy spokojni o końcówkę sezonu. Liczę, że tam nie było przypadku i taka skuteczność [3:0 z Ruchem Chorzów] będzie do końca sezonu.

Już wiadomo, że nie będzie. Legioniści przebudzili się dopiero po stracie gola. Euforia białostockich fanów trwała chwilę. Kolejną stratę zaliczył Tomasz Bandrowski, po czym sfaulował przed swoim polem karnym Danijela Ljuboję. Serb potrafi przymierzyć z rzutu wolnego, ale w tej sytuacji Grzegorz Sandomierski mógł się spisać lepiej. Bramkarz Jagiellonii w końcówce meczu zrehabilitował się po wielokroć.

Wcześniej jednak fenomenalny powrót na boisko po wielomiesięcznym leczeniu kontuzji mógł zaliczyć Dawid Plizga, który zastąpił na boisku zmęczonego, ale rozgrywającego kolejny dobry mecz w ostatnich tygodniach Marcina Bukhardta. W 73. min po rozegraniu Tomasza Kupisza z Makuszewskim Plizga doszedł do podania tuż przed bramką Legii. Fantastyczną interwencją popisał się Dusan Kuciak.

W ostatnich minutach białostoczanom zaczęło brakować sił, na ich niekorzyść decyzje zaczął podejmować sędzia (m.in. żółtą kartkę zobaczył Alexis Norambuena i będzie pauzował we Wrocławiu; a Luka Pejović obejrzał dwie kartki i nie dograł meczu z Legią do końca). Jeden jedyny raz niezdecydowanie wykazał Thiago Cionek, który poza tą sytuacją spisywał się rewelacyjnie, i wejście smoka mógł zaliczyć rezerwowy Legii Ismael Blanco. Sandomierski nie dał się pokonać ani jemu w dwóch groźnych sytuacjach, ani Nacho Novo.

- Trzeba się cieszyć z remisu. Wyprowadzaliśmy groźne kontrataki, przy których zabrakło zimnej krwi, by zakończyć je bramką. Niemniej w końcówce to Legia przycisnęła i miała swoje sytuacje - podsumował Tomasz Frankowski.