Niemal trzy miesiące bez wygranej Jagiellonii

Piłkarze Jagiellonii zaprzepaścili wyśmienitą okazję, aby po niemal trzech miesiącach wygrać na własnym stadionie. Po pierwszej połowie meczu z Widzewem prowadzili 2:0. Potem...
Białostoczanie do sobotniego starcia z Widzewem przystępowali w wyśmienitych nastrojach. Przed tygodniem wygrali 2:0 w Poznaniu z Lechem. Kolejkę wcześniej przywieźli z kolei punkt ze starcia w Krakowie z Wisłą. Radość w meczu z ekipą z Łodzi trwała jednak bardzo krótko. Po spotkaniu zamiast niej była bezsilność i złość.

- Na pewno jest duży kac moralny i drużyny w szatni i sztabu szkoleniowego. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy, bo mecz ułożył się nam tak, jakbyśmy chcieli - mówił po spotkaniu trener Jagiellonii Tomasz Hajto.

Rzeczywiście pojedynek rozpoczął się rewelacyjnie dla gospodarzy. Co prawda w pierwszych minutach okazje do zdobycia goli mieli gracze Widzewa, ale białostoczanie szybko opanowali sytuację. Świetnie spisał się Nika Dzalamidze, który przed przejściem do Jagiellonii reprezentował barwy ekipy z Łodzi.

- Nie myślałem jednak o tym, że gram z byłą drużyną - stwierdza Gruzin, który w ciągu kilkudziesięciu sekund dwukrotnie pokonał Macieja Mielcarza. W 14. min wykończył podanie Dawida Plizgi. Tuż po wznowieniu gry przez łodzian po stracie gola fatalny błąd popełnił Thomas Phibel, który podał piłkę wprost pod nogi Tomasza Bandrowskiego. Ten odegrał futbolówkę do Tomasza Frankowskiego, który zagrał do Dzalamidze. Gruzin ponownie wpisał się na listę strzelców.

- Były to ważne bramki i szkoda tego, co stało się potem - kręci głową Dzalamidze, którego, gdy schodził z boiska (w 69. minucie zastąpił go Damian Kądzior), żegnały brawa. Jeszcze wówczas gospodarze byli w wyśmienitych nastrojach. Ciągle prowadzili 2:0.

Zdjęcie z boiska Dzalamidze było trzecią zmianą dokonaną przez trenera Tomasza Hajtę. Wcześniej plac gry opuścili Bandrowski oraz Frankowski. Na murawie pojawili się natomiast Łukasz Tymiński i Tomasz Zahorski. Te roszady przyniosły odwrotny skutek od zamierzonego. Białostoczanie zamiast uspokoić swą grę, popełniali proste błędy, wyglądali wręcz na zagubionych.

- Nie chciałbym się wypowiadać na ten temat, dopóki sobie na spokojnie tego spotkania, szczególnie drugiej połowy, nie obejrzę - stwierdza Frankowski.

Rafał Grzyb musiał wcielić się w rolę prawego pomocnika, chociaż najlepiej czuje się w środku drugiej linii. Kądzior, który jest raczej zawodnikiem ofensywnym, grał jako defensywny pomocnik.

- Nie wiem, co się stało w drugiej połowie, na boisku straciliśmy koncepcję. Wyglądało to tak, jakbyśmy wyszli i nie wiedzieli, co mamy ze sobą zrobić - przyznaje Dawid Plizga.

- Przy wyniku 2:0 każdy z nas i pewnie na trybunach myślał, że to będzie fajnie wyglądać już do końca meczu, że będziemy kontrolować jego przebieg. Nie wiem, co się stało w drugiej połowie. Graliśmy słabo, nie utrzymywaliśmy się przy piłce, mieliśmy ogromną ilość strat. U siebie nie przystoi tak grać - dodaje Michał Pazdan, który w końcówce pojedynku otrzymał drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę i musiał zejść z boiska. Właśnie po jego przewinieniu rywale mieli rzut wolny, który zamienili na wyrównującego gola. Po dośrodkowaniu błąd popełnił dotychczas spisujący się bardzo dobrze w bramce Jakub Słowik, a Mariusz Stępiński zachował się najprzytomniej w polu karnym. Wcześniej na listę strzelców wpisał się Mariusz Rybicki. Białostoczanie zamiast więc pewnie zainkasować trzy punkty i wygrać mecz na własnym stadionie w lidze po niemal trzech miesiącach (poprzednio u siebie pokonali w pierwszej kolejce Podbeskidzie Bielsko-Biała) musieli zadowolić się jednym oczkiem.

- W drugiej połowie nasza gra wyglądała bardzo źle, pogubiliśmy krycie. Okazuje się, że zwycięstwo w Poznaniu tak naprawdę poszło na marne. Przegraliśmy ten mecz, w przerwie prowadząc 2:0. W drugiej połowie za walkę, za zaangażowanie Widzew zasłużył na ten remis - podsumowuje Tomasz Hajto.

W następnej kolejce Jagiellonia zagra w Warszawie z Legią. Jeżeli białostoczanie zaprezentują się tak, jak w drugiej połowie konfrontacji z Widzewem, to raczej wrócą ze stolicy z zerowym dorobkiem punktowym.

- Liczę, że z Legią zagramy tak jak z Lechem. Trzeba zapomnieć o drugiej połowie meczu z Widzewem i kontynuować naszą dobrą grę na wyjazdach - mówi z nadzieją Michał Pazdan.