Sport.pl

Sensacja na Łazienkowskiej. Legia przegrywa po raz pierwszy. Historyczna wygrana Jagiellonii

Piłkarze Jagiellonii sprawili w sobotę olbrzymią niespodziankę. Wygrali w Warszawie z Legią. Była to pierwsza porażka lidera w obecnym sezonie, a zarazem pierwsze w historii zwycięstwo białostoczan na stadionie przy ul. Łazienkowskiej
Pojedynki na obiektach rywali były od zawsze piętą achillesową Jagiellonii. Obojętnie, kto był trenerem ekipy z Białegostoku, jacy piłkarze znajdowali się w jej składzie, zazwyczaj z wyjazdów białostoczanie wracali w kiepskich nastrojach. Wystarczy wspomnieć, że w całym poprzednim sezonie Jagiellonia wygrała dosłownie jeden mecz na stadionie rywali (w Gdańsku z Lechią).

W trwających rozgrywkach wszystko się zmieniło. Stadion w Białymstoku nie jest już twierdzą nie do zdobycia, a piłkarze Jagiellonii regularnie punktują na wyjeździe. Najpierw trzy mecze na obiektach rywali białostoczanie zremisowali (1:1 w Warszawie z Polonią, 1:1 w Szczecinie z Pogonią, 0:0 w Krakowie z Wisłą), aż w końcu przed dwoma tygodniami zaliczyli zwycięstwo. Pierwszy raz w historii Jagiellonia wygrała w Poznaniu z Lechem (2:0). Było to też pierwsze zwycięstwo drużyny z Białegostoku pod wodzą trenera Tomasza Hajty.

Mimo dobrej serii na wyjeździe to jednak nie białostoczanie byli faworytem sobotniej konfrontacji. Jagiellonia zagrała wszak na boisku niepokonanego lidera rozgrywek, co więcej - na stadionie, na którym nigdy w historii nie wygrała i na którym zdobyła tylko jedną bramkę (wiosną trafienie zaliczył Tomasz Frankowski, a mecz zakończył się remisem 1:1).

- Legia jest faworytem, ale my nie lubimy, jak się nas za wcześnie skreśla - rzucił przed spotkaniem trener Hajto, który desygnował do gry ten sam skład, który rozpoczynał zwycięski mecz w Poznaniu oraz pojedynek w ostatniej kolejce na własnym stadionie z Widzewem (białostoczanie prowadzili w nim 2:0, a skończyło się remisem 2:2).

Konfrontację fenomenalnie mogli rozpocząć gospodarze. Już w 32. sekundzie Danijel Ljuboja bez najmniejszych problemów ograł w polu karnym Ugo Ukaha i uderzył na bramkę Jagiellonii. Świetnie interweniował Jakub Słowik. Dosłownie po chwili bramkarz drużyny z Białegostoku ponownie musiał ratować zespół, tym razem wyjściem przed pole karne. Partnerzy Słowika z drużyny szybko się przebudzili po tym słabym początku i mogli rozpocząć spotkania podobne jak mecz w Poznaniu. Wtedy w czwartej minucie gola zdobył Michał Pazdan. Ten sam zawodnik w starciu z Legią w piątej minucie mógł się wpisać na listę strzelców, ale po pierwsze, jego strzał obronił Dusan Kuciak, a po drugie, piłkarz Jagiellonii był na pozycji spalonej. Kilka minut później golkiper Legii ponownie musiał się nagimnastykować. Tym razem na słupek odbił strzał Niki Dzalamidze. Gruzin, który w meczu z Widzewem zdobył dwa gole, od początku spotkania był bardzo aktywny. To też on zapoczątkował akcję w 36. minucie. Zagrał futbolówkę do Tomasza Frankowskiego, ten świetnym podaniem obsłużył Dawida Plizgę. Pomocnik Jagiellonii po chwili cieszył się ze zdobycia gola.

Strata bramki rozsierdziła gospodarzy. Po jednym ze starć Jakuba Koseckiego z Ukahem doszło nawet do przepychanek na boisku. Wspomniani wcześniej zawodnicy zostali ukarani żółtymi kartkami. Obrońca Jagiellonii kilka minut później ponownie sfaulował skrzydłowego Legii. Sędzia tym razem oszczędził Nigeryjczyka z włoskim paszportem, a mógł po raz drugi pokazać mu żółtą kartę.

- Mam nadzieję, że dowieziemy ten wynik do końca i nie powtórzy się sytuacja z Widzewa - stwierdził, schodząc na przerwę, Plizga i dodawał: - Nie chcemy, żeby Ugo nas osłabił, bo to bardzo pokrzyżowałoby nam plany.

Szkoleniowcy Jagiellonii, którzy w drugiej połowie meczu z Widzewem nie trafili ze zmianami, postanowili, że Ukah po przerwie nie wybiegnie już na boisko. Na murawie zameldował się Luka Pejović, a na środek obrony przesunięty został Alexis Norambuena.

Druga część spotkania rozpoczęła się podobnie jak pierwsza. Czyli od fenomenalnej interwencji Słowika. Bramkarz Jagiellonii ponownie powstrzymał najlepszego napastnika ligi - Ljuboję. W 53. minucie był już jednak bezradny, a do wyrównania doprowadził Jakub Rzeźniczak. W tym momencie gospodarze nabrali wiatru w żagle i zanosiło się na to, że kolejne gole będą tylko kwestią czasu. Jagiellonia miała jednak w swej bramce Słowika. Golkiper z Białegostoku będzie mógł się chyba śnić po nocach Serbowi, który w sobotę kilkakrotnie próbował wpisać się na listę strzelców, ale nie znalazł sposobu na pokonanie bramkarza Jagiellonii.

Dla odmiany Tomasz Frankowski miał w zasadzie jedną sytuację do zdobycia gola i zamienił ją na bramkę. W 76. minucie wykorzystał z pozoru niegroźne podanie Dzalamidze. Przy trafieniu doświadczonego napastnika nie popisali się obrońcy ekipy z Warszawy. Frankowski wyprowadził więc Jagiellonię na prowadzenie, którego ekipa z Białegostoku już nie dała sobie odebrać.

Więcej o: