Sport.pl

Jagiellonia znowu przegrała. Tym razem w Pucharze Polski z Wisłą

Nie wykorzystali rzutu karnego oraz zaliczyli dwie niefortunne interwencje. Piłkarze Jagiellonii przegrali w czwartek 0:2 w pierwszym spotkaniu ćwierćfinału Pucharu Polski z Wisłą w Krakowie.
Czwartkowe spotkanie było okazją dla obu drużyn, aby zatrzeć złe wrażenia po pierwszych wiosennych pojedynkach w lidze. Białostoczanie przegrali aż 0:4 na wyjeździe z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Z kolei Wisła bezbramkowo zremisowała w Bełchatowie z GKS-em.

Obaj szkoleniowcy postanowili więc dokonać kilku zmian w wyjściowych składach swych zespołów. Tomasz Hajto zdecydował, że partnerem Ugo Ukaha na środku obrony będzie Adam Dźwigała. Dla młodego obrońcy był to swego rodzaju test już przed niedzielnym spotkaniem w lidze (w Zabrzu z Górnikiem), w którym z powodu nadmiaru kartek nie będzie mógł zagrać Michał Pazdan.

To, że Dźwigała wskoczył do pierwszej jedenastki, nie oznaczało jednak, że wypadł z niej Pazdan. Szkoleniowiec Jagiellonii postanowił bowiem wrócić do ustawienia z dwójką defensywnych pomocników. Tę parę w Krakowie stworzyli wspomniany wcześniej Pazdan oraz Tomasz Bandrowski (w wyjściowym składzie zajął miejsce Rafała Grzyba), do którego jeszcze niedawno Tomasz Hajto miał spore pretensje, gdyż pomocnik często zmaga się z problemami zdrowotnymi.

W składzie ekipy z Białegostoku zabrakło natomiast m.in. Tomasza Frankowskiego i Euzebiusza Smolarka. W rolę napastnika wcielił się więc Dawid Plizga.

- Po porażce zmiany są nieuniknione - mówił przed pojedynkiem szkoleniowiec Jagiellonii.

Białostoczanie spotkanie rozpoczęli dość spokojnie. Co prawda już w pierwszej minucie Alexis Norambuena starał się zaskoczyć bramkarza rywali strzałem z dystansu (uderzył niecelnie), ale potem już przewagę mieli gospodarze. Długo za wiele z niej nie wynikało. Piłkarze Jagiellonii spisywali się bowiem zdecydowanie lepiej przy stałych fragmentach gry wykonywanych przez przeciwników niż w meczu z Podbeskidziem. W 22. minucie jednak przysnęli. Mimo to Arkadiusz Głowacki nie wykorzystał dośrodkowania z rzutu wolnego Kamila Kosowskiego. Obrońca Wisły w zasadzie podał piłkę w ręce Jakuba Słowika.

Potem już szczęście białostoczanom nie sprzyjało. Najpierw tak niefortunnie piłkę spod nóg Radosława Sobolewskiego wybijał Pazdan, że ta trafiła do Patryka Małeckiego. Futbolówkę w siatce umieścił natomiast Rafał Boguski.

- Do momentu straty przez nas bramki gra była wyrównana - analizował, schodząc na przerwę, na antenie Orange Sport Pazdan. - Zresztą wydaje mi się, że najpierw był faul na naszym zawodniku, a potem poszła kontra Wisły.

Drugim niefortunnie interweniującym zawodnikiem w barwach Jagiellonii okazał się Bandrowski. Po jego wybiciu piłka odbiła się od Kosowskiego i trafiła do Boguskiego. Ten po raz drugi pokonał Słowika.

- Fajnie, że udało mi się znaleźć w polu karnym i wykończyć akcje kolegów - uśmiechał się w przerwie strzelec dwóch bramek.

Druga część spotkania mogła się rozpocząć wyśmienicie dla Jagiellonii. W polu karnym Wisły upadł Kim Min Kyun. Sędzia Jarosław Rynkiewicz orzekł, że Koreańczyk był faulowany, i podyktował rzut karny. Nie wykorzystał go Tomasz Kupisz. Jego strzał, tak też jak dobitkę Norambueny, obronił Sergei Pareiko. Po chwili Kupisz mógł się zrehabilitować, ale piłkę z linii bramkowej wybił Boguski. Następnie pecha miał Dźwigała, który główkował w słupek. Ostatecznie białostoczanie zaliczyli więc porażkę 0:2.

- Wynik jest korzystny dla Wisły i należy pogratulować - stwierdził po spotkaniu Frankowski, który po raz ostatni zagrał najprawdopodobniej na stadionie w Krakowie. Po sezonie doświadczonemu napastnikowi kończy się bowiem kontrakt i zamierza zakończyć karierę.

Pojedynek rewanżowy odbędzie się 12 marca w Białymstoku. Z kolei najbliższe spotkanie w lidze piłkarze Jagiellonii rozegrają już w niedzielę. Na wyjeździe zmierzą się z Górnikiem Zabrze.

Więcej o: