Ryszard Karalus o Tomaszu Frankowskim: Niektórzy mówili po co go trzymam

- Myślę, że Tomek jeszcze w Jagiellonii parę bramek strzeliłby. Podjął jednak decyzję o zakończeniu kariery i trzeba to uszanować - mówi Ryszard Karalus wychowawca Tomasza Frankowskiego
BIALYSTOK.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS

W sobotę na stadionie w Białymstoku odbędzie się specjalna impreza. Tomasz Frankowski oficjalnie zakończy piłkarską karierę.

Tomasz Piekarski: Gdy dowiedział się pan, że Tomasz Frankowski podjął decyzję o zakończeniu kariery, to nakłaniał go do zmiany tego postanowienia, czy też uważał, że to jest właściwy moment na taki krok?

Ryszard Karalus, jeden z pierwszych trenerów Tomasza Frankowskiego: - Oczywiście wszystko zależało od Tomka, ale moje zdanie było takie, że jeżeli zdrowie dopisuje, to mógł jeszcze trochę pograć.

Czyli jest pan rozczarowany tym, że zakończył karierę?

- Nie. Rozczarowany to za duże słowo. Po prostu myślę, że jeszcze w Jagiellonii parę bramek strzeliłby. Podjął jednak taką decyzję i trzeba to uszanować.

Można powiedzieć, że pan uczył Tomasza Frankowskiego gry w piłkę. Czy on jako mały chłopak miał już smykałkę do zdobywania goli.

- Miał, od dziecka można powiedzieć. Był bardzo delikatnej budowy, niektórzy mówili, po co ja go trzymam, ale ja widziałem tę smykałkę. Ale trzeba też podkreślić, że miał dobrych partnerów obok siebie, przecież z jego rocznika kilku zawodników zrobiło niezłe kariery. Jakość treningu była więc na wysokim poziomie i Tomek robił szybkie postępy. Do tego oczywiście był pracowity, miał charakter i chęci.

Jako młody chłopak Tomek był spokojny, czy też dawał się we znaki?

- Z nim chyba było najmniej kłopotów. Z innymi miałem różne przejścia, a z nim było bezboleśnie.

Czyli klapkiem nigdy nie dostał?

- Nie, raczej nie, może raz czy dwa.

W pana drużynie oprócz Frankowskiego byli m.in. Daniel Bogusz, Bartosz Jurkowski, Jacek Chańko, Marek Citko, Mariusz Piekarski. To był pewien ewenement, że z jednego zespołu tylu zawodników zaistniało później w dorosłej piłce.

- Graliśmy wtedy bardzo ofensywny futbol. Zawodnicy mieli zabronione wybijać piłkę na "pałę". Wynik nie był najważniejszy, najważniejsza była gra w piłkę. Można wspomnieć turniej Gothia Cup w Szwecji, który wygraliśmy, gdzie wszyscy się zachwycali. Trener Norwegów nie wierzył, że to drużyna klubowa. Był to piękny turniej, zagrało w nim tysiąc drużyn od dzieciaków do starszych. My go wygraliśmy, a do tej pory chyba żadna polska drużyna tego nie powtórzyła. Właśnie takie konfrontacje, wyjazdy na turnieje, dużo nam dały, bo w tym swoim "gnieździe" nie mieliśmy w sumie przeciwników. Dużo nam też dała liga międzywojewódzka, w której grało osiem drużyn z Warszawy (m.in. Legia, Polonia, Gwardia, Agrykola), dwie z Olsztyna i dwie od nas. Cieszę się, że teraz też powstała Centralna Liga Juniorów, przecież nic nie dają wygrane we własnym województwie po 10:0, 15:0.

W 1992 roku prowadzony przez pana zespół zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Jak pan wspomina tamten sukces?

- Bardzo mile. Co mecz graliśmy lepiej, graliśmy ofensywnie, a najlepiej o tym świadczy wynik finałowego dwumeczu. U siebie wygraliśmy z Orłem Łódź 4:0, a na wyjeździe 6:3. Przewyższaliśmy inne drużyny.

A był taki zawodnik w tamtej drużynie, o którym pan myślał, że zrobi większą karierę niż później się okazało?

- Środkowy pomocnik Marcin Poniewozik, on był mózgiem drużyny. Ponadto Struczewski, Rokicki. Było kilku takich chłopaków. Ale też przecież sześciu, siedmiu wybiło się w dorosłej piłce, czyli było nieźle. Teraz przecież jak z jednego rocznika wyskoczy jeden, czy dwóch, to mówimy, że jest nieźle. Mam nadzieję, że to się będzie zmieniać. W Jagiellonii jest teraz dobry rocznik 1998. Może to będą następcy Tomka?

Więcej o Jagiellonii na bialystok.sport.pl