Od 0:3 do 3:3. Jagiellonia wyrwała punkt Górnikowi

Piłkarze Jagiellonii przegrywali już 0:3 w Zabrzu z Górnikiem. Mimo to białostoczanie zainkasowali w niedzielę punkt. Chociaż bramkę na 3:3 zdobyli z rzutu karnego, którego być nie powinno
BIALYSTOK.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS

Po sobotniej wygranej 3:1 Lechii z Piastem Gliwice białostoczanie wypadli z czołowej ósemki ekstraklasy. Jagiellonia znalazła się na dziewiątej pozycji, a zespół z Gdańska wyprzedził ją dzięki lepszemu bilansowi bezpośrednich spotkań, gdyż obie drużyny miały w tym momencie w swym dorobku po 37 punktów. Tym samym zespół z Białegostoku w konfrontacji w Zabrzu z Górnikiem potrzebował co najmniej punktu, aby wrócić do pierwszej ósemki w tabeli.

- Trzeba wyjść i walczyć, pokazać, że się zasługuje na pierwszą ósemkę - tak jeszcze przed wyjazdem do Zabrza mówił Piotr Stokowiec, trener białostoczan, który w starciu z Górnikiem nie mógł skorzystać ze wszystkich zawodników. Z powodu kartek wystąpić nie mogli Michał Pazdan i Giorgi Popchadze. Kontuzje z gry wyeliminowały natomiast Rafała Grzyba (kapitan Jagiellonii być może wróci do gry dopiero w rundzie finałowej), Jonatana Strausa i Mateusza Piątkowskiego. Do dyspozycji szkoleniowca był już za to zmagający się wcześniej z urazem Adam Waszkiewicz, który zajął miejsce na prawej stronie obrony, a na przeciwną stronę boiska powędrował tym razem Jakub Tosik. Z kolei lukę w środku pola po Michale Pazdanie mieli wypełnić Joel Perovuo do spółki z Maciejem Gajosem. Dość szybko doszło jednak do pewnych przetasowań. Do Fina dołączył Adam Dźwigała, a Gajos powędrował na prawą pomoc. Było to jednak już w momencie, gdy Jagiellonia przegrywała.

Od początku niedzielnej konfrontacji zawodnicy Górnika, którzy wiosną nie wygrali żadnego z sześciu spotkań w lidze (ponadto zaliczyli dwie porażki w ćwierćfinale Pucharu Polski), prezentowali się bardzo dobrze. Już w szóstej minucie mogło być 1:0. Wtedy to jednak nie gospodarze mogli strzelić gola, ale białostoczanie mogli go sami sobie wbić. Doszło wówczas do nieporozumienia między Martinem Baranem a Krzysztofem Baranem. Bramkarz Jagiellonii chciał złapać piłkę, obrońca chciał mu odegrać ją głową. Ostatecznie zagrana przez Martina Barana futbolówka minęła bramkę.

Następne sytuacje już sami sobie stwarzali zawodnicy drużyny z Zabrza. Trzykrotnie Krzysztofa Barana próbował pokonać Prejuce Nakoulma, ale bramkarz Jagiellonii spisywał się dobrze (chociaż dwukrotnie piłka odbiła się też od poprzeczki). W końcu jednak golkiper drużyny z Białegostoku musiał skapitulować. Nie mogło być inaczej, skoro białostoczanie w kolejnym już meczu w pierwszej połowie kompletnie nie istnieli, a piłkarzom Górnika wychodziło niemal wszystko.

W ciągu 10 minut gospodarze strzelili trzy gole. Najpierw podanie Roberta Jeża wykorzystał pozostawiony bez opieki w polu karnym Przemysław Oziębała. Następnie Słowak wyłożył piłkę przed pole karne do Radosława Sobolewskiego. Ten uderzył bardzo mocno, futbolówka po drodze trafiła w nogę Ugo Ukaha, następnie w słupek i zatrzepotała w siatce. Na 3:0 trafił natomiast Bartosz Iwan, który wykorzystał dośrodkowanie Rafała Kosznika. Chwilę później mogło być już 4:0, ale Jeż nie wykorzystał doskonałej okazji. Zanosiło się więc na pogrom Jagiellonii w Zabrzu. Goście nie dość bowiem, że popełniali błędy w defensywie, to w ofensywie niemal nie istnieli. Chociaż na przerwę schodzili, przegrywając nie 0:3, ale 1:3. W 42. minucie z rzutu wolnego w pole karne rywali dośrodkował Dani Quintana. Grzegorz Kasprzik staranował Bartosza Iwana (piłkarz Górnika musiał opuścić boisko), a w zamieszaniu najlepiej odnalazł się Adam Dźwigała, który w drugim meczu ligowym z rzędu zdobył gola.

- Trzy bramki stracone do przerwy. Nie jest ciekawie. Mam nadzieję, że się podniesiemy. Strzeliliśmy bramkę, jest więc jakiś plus - mówił, schodząc na przerwę, w rozmowie z reporterem NC+ Krzysztof Baran, chociaż po tym, co Jagiellonia pokazała w pierwszej połowie, trudno było o optymizm.

Nie mając w zasadzie nic do stracenia, trener Piotr Stokowiec postanowił w przerwie dokonać pierwszej zmiany. Z boiska zszedł Waszkiewicz, a na murawie pojawił się Dawid Plizga. Jagiellonia przeszła na grę trójką obrońców. Efekty tego przetasowania przyszły bardzo szybko. Białostoczanie na drugą część meczu wyszli odmienieni i w 49. minucie już mogli zdobyć kontaktową bramkę. Wówczas Plizga przegrał pojedynek sam na sam z Kasprzikiem. Chwilę później już było jednak 2:3. Paweł Olkowski sfaulował w polu karnym Gajosa i goście mieli rzut karny. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Quintana. Hiszpan pewnie wykorzystał rzut karny, a tym samym zdobył swą ósmą bramkę w obecnym sezonie. Pół godziny później swego ósmego gola w trwających rozgrywkach zdobył Plizga, który też wpisał się na listę strzelców, pewnie wykonując "jedenastkę". Tego karnego być jednak nie powinno, gdyż Boris Pandża nie faulował Bekima Balaja. Chociaż w tym miejscu można wspomnieć, że w jesiennym meczu tych drużyn nie został podyktowany ewidentny rzut karny po faulu na Plizdze.

Jagiellonia doprowadziła do wyrównania, czyli powtórzyła wyczyn z poprzedniego sezonu, gdy przegrywała 0:3 we Wrocławiu ze Śląskiem, a zremisowała 3:3.

Dzięki zdobytemu w niedzielę punktowi białostoczanie wrócili na ósme miejsce w tabeli ekstraklasy, a do zakończenia rundy zasadniczej pozostały jeszcze dwie kolejki. Jagiellonię czekają spotkania w Poznaniu z Lechem i na własnym stadionie z Piastem Gliwice.

Więcej o Jagiellonii na bialystok.sport.pl

Więcej o: