Sport.pl

Kilka spostrzeżeń po porażce Jagiellonii z Ruchem

Porażka 2:5 z jedną z najsłabszych dotychczas drużyn w lidze chluby nie przynosi. Co złożyło się na przegraną Jagiellonii w Chorzowie?
Gdy białostoczanie notowali świetną serię (zakończyło się na ośmiu spotkaniach bez porażki w lidze i Pucharze Polski), trener Michał Probierz tonował optymistyczne nastroje i podkreślał, że prawdziwa weryfikacja jego drużyny nastąpi, gdy podstawowi zawodnicy będą musieli pauzować z powodu kartek bądź kontuzji. Ta weryfikacja jest dość bolesna.

Gdy Michał Pazdan musiał zejść z boiska z powodu kontuzji w dogrywce meczu w Pucharze Polski z Lechem Poznań, Jagiellonia straciła dwie bramki i odpadła z gry o trofeum. Obrońcy zabrakło też w poprzedniej kolejce ligowej w starciu z GKS-em Bełchatów i passa białostoczan bez porażki w ekstraklasie również miała swój kres (przegrana 0:1). Gdy w niedzielę oprócz Pazdana zabrakło m.in. pauzującego za kartki Macieja Gajosa (kontuzjowani są też Filip Modelski i Radosław Jasiński), to pojedynek Jagiellonii w Chorzowie zakończył się sromotną porażką. Białostoczanie przegrali, chociaż spotkanie rozpoczęło się po ich myśli, bo od gola Tarasa Romanczuka.

- Rozpoczęło się bardzo dobrze i chyba już myśleliśmy, że mamy wygraną. Niestety, popełniliśmy błędy w obronie, które kosztowały nas utratę punktów - stwierdza Martin Baran.

Właśnie tych błędów było zbyt dużo, aby Ruch, który do tej pory spisywał się słabo (przedostatnie miejsce w lidze), ich nie wykorzystał. Nie popisał się m.in. wracający do składu po pauzie za kartki Martin Baran. To po faulu Słowaka Ruch miał rzut karny, to też po jego przewinieniu w końcówce pierwszej połowy rywale egzekwowali rzut wolny, który też zakończył się golem. Zresztą nie tylko Baran, ale też pozostali obrońcy w poszczególnych sytuacjach, gdy Jagiellonia traciła bramki, mogli zachować się dużo lepiej.

- Bramki straciliśmy w bardzo prosty sposób. Tak nie można w ekstraklasie - przyznał Michał Probierz, a spotkanie zakończyło się ostatecznie porażką 2:5.

Można byłoby w tym momencie przejść nad tym do porządku dziennego, bo przecież to nie pierwszy, ale kolejny mecz, w którym Jagiellonia przegrała w Chorzowie (na stadionie przy ulicy Cichej zespół z Białegostoku nie wygrał wszak nigdy w historii w ekstraklasie). Z drugiej jednak strony to spotkanie może budzić pewien niepokój, gdyż aż nadto wyraźnie było widać, jak skromna jest kadra Jagiellonii. Oczywiście jeśli chodzi o ilość, to jest w porządku, ale z jakością już niekoniecznie. Nie przez przypadek przecież trener Michał Probierz zdecydował się wcześniej na roszady w obronie, gdy dwóch nominalnych środkowych defensorów (Martina Barana i Marka Wasiluka) przesunął na mniej odpowiedzialne pozycje, a jako partnera dla Sebastiana Madery dodał Michała Pazdana. Właśnie brak ostatniego z zawodników, który z powodu kontuzji w tym roku już raczej nie zagra, jest najbardziej odczuwalny. Raz, że zostało zburzone coś, co wcześniej dobrze funkcjonowało, dwa, że zabrakło piłkarza, który nie odpuszcza w żadnej sytuacji, a swą grą wpływa też na lepszą postawę innych zawodników.

Ponadto trzeba też wspomnieć, że Jagiellonię opuściło również wcześniejsze szczęście. Chociaż też jasne było, że w każdym meczu słupki i poprzeczki nie będą ratować drużyny przed stratą goli. Poza tym ostatnio szczęście przestało też sprzyjać Mateuszowi Piątkowskiemu. We wcześniejszych spotkaniach niemal każdy jego strzał w kierunku bramki kończył się golem. W ostatnich czterech pojedynkach (w lidze i Pucharze Polski) lider klasyfikacji strzelców ekstraklasy (11 goli) bramki nie zdobył.

Martwi też jeszcze coś innego. W niedzielę był kolejny mecz w którym rywale przełamywali się na Jagiellonii. To nie był pierwszy taki przypadek w historii. Czy należy już więc zacząć mieć obawy, że po reprezentacyjnej przerwie zespół z Białegostoku zagra w Gdańsku z Lechią, która nie wygrała od czterech kolejek?

Więcej o Jagiellonii na bialystok.sport.pl

Więcej o: