Grzegorz Sandomierski rozegrał kolejne dobre spotkanie. "To był pierwszy raz, kiedy chciałem porażki Jagiellonii"

Jagiellonia zremisowała bezbramkowo w sobotę na własnym stadionie z Zawiszą Bydgoszcz. Goli w tym pojedynku nie było, bo m.in. bardzo dobrymi interwencjami popisali się bramkarze
BIALYSTOK.SPORT.PL NA FACEBOOKU - POLUB NAS

Bramki Zawiszy w sobotnim spotkaniu strzegł Grzegorz Sandomierski. Dla 25-letniego zawodnika był to szczególny mecz. Jest to bowiem wychowanek Miejskiego Ośrodka Szkolenia Piłkarskiego w Białymstoku, który w ekstraklasie debiutował w barwach Jagiellonii.

- Cieszę się bardzo, że po powrocie do Białegostoku zostałem tak ciepło przyjęty i chciałbym podziękować wszystkim kibicom za tak ciepłe przyjęcie. Mam nadzieję, że zapamiętali mnie z dobrej strony. Piękny stadion, doskonała atmosfera, ponad połowa mojego serca jest tutaj i nie ma co się oszukiwać. Białystok to moje miasto. Na dzień dzisiejszy gram jednak dla Zawiszy i przez te 90 minut chciałem być może pierwszej i ostatniej porażki Jagiellonii - mówił po spotkaniu Grzegorz Sandomierski i dodawał: - Ciągle brakuje nam zwycięstw i punktów, które potrzebne nam są jak powietrze. Jesteśmy na samym dole tabeli i musimy przede wszystkim walczyć o to, by przed zimą zdobyć tych punktów jak najwięcej. Przed nami jeszcze dwa mecze i będziemy chcieli je wygrać, by po 30 kolejkach był co dzielić i było jeszcze co ratować. Pokazaliśmy dzisiaj dobrą piłkę mimo tego, że boisko było dosyć mocno zmarznięte. Graliśmy dobrze, mieliśmy swoje sytuacje, ale po raz kolejny z dobrej strony pokazał się Bartek Drągowski. Graliśmy o całą pulę, zdobyliśmy punkt, a w zasadzie wywalczyliśmy go, bo nie był to łatwy mecz. Nigdy tutaj nikomu nie grało się łatwo i na pewno nie będzie grało się łatwo.

Ten punkt Zawisza wywalczył m.in. dzięki dobrym interwencjom Sandomierskiego. Która z nich była najtrudniejsza?

- Ta z pierwszej połowy po strzale Mateusza Piątkowskiego, to jest jego znak firmowy, że bardzo ucieka do boku, a potem uderza prawą nogą w długi róg. Jest to bardzo ciężka sytuacja do obrony, bo trzeba się "złamać" i szukać piłki. Udało mi się końcówkami palców to obronić i cieszę się z zerowego konta, tak długo wyczekiwanego w Zawiszy. Z kolei w jednej z ostatnich akcji meczu Piątkowski był bardzo blisko mnie i uderzył instynktownie z czuba, udało się udem odbić piłkę - opisuje Sandomierski, który powoli wraca do formy. Po odejściu z Jagiellonii zaliczył bowiem nieudane przygody w KRC Genk, Blackburn Rovers oraz Dinamie Zagrzeb. Początek w Zawiszy też miał kiepski. Dopiero przed tygodniem wrócił do składu po dłuższej przerwie i bardzo dobrze spisał się w meczu z Koroną Kielce (2:2). Teraz zaliczył kolejny dobry występ. Czy to oznacza, że wraca do "żywych"?

- Nie nazywałbym tego tak mocno, nie wiem, czy ktoś mnie już pogrzebał, czy nie. Myślę, że za szybko na takie określenia - uważa Grzegorz Sandomierski. - Mam 25 lat i jeszcze dużo grania przede mną. Musiałem trochę to wszystko poukładać w głowie, bo jednak dostałem takim "obuchem". Nie będę szukał winnych dookoła, tylko zawsze zaczynam od siebie, robiąc rachunek sumienia. Na pewno nie pomagałem drużynie i nie ma co szukać winnych. Cieszę się jednak, że trener po dłuższej przerwie dał mi szansę na powrót, a ja staram się odpłacić dobrymi meczami. To do niego i do dziennikarzy należy ocena mojej pracy, ja z tygodnia na tydzień czuję się coraz lepiej i mam nadzieję, że pokazuję to na boisku.

Więcej informacji na bialystok.sport.pl

Więcej o: